25 listopada 2012

Maturalna indoktrynacja

Dyskusja na temat miejsca religii w szkole jest niewskazana, a jej inicjatorzy to zazwyczaj upadli moralnie heretycy, zaślepieni zapewne ateistyczną propagandą głupcy. Inna sprawa, jeśli kij w mrowisko, zwane niekiedy kompromisem, wtykają duchowni. Oni bardzo lubią wkładać. Wszystko. Wszędzie.

Zdaniem obrońców Kościoła katolicyzm w Polsce jest tłamszony, a jakikolwiek sprzeciw wobec finansowania zachcianek duchownych z publicznych pieniędzy to jawna dyskryminacja, wpisująca się w modny ostatnimi czasy termin ''cywilizacji śmierci''.

Całe szczęście, że cywilizacja śmierci nie położyła swoich świeckich łap na najbardziej rozpoznawalnym dziś apostole, Brunonie K. Romantyczne wizje katolickiego rycerzyka musiały porządnie zainspirować biskupów, których ostatni list traktuje o dołączeniu religii do listy maturalnych przedmiotów.

Na łamach Frondy bp Marek Mendyk stwierdził, że zajęcia religii ukazują młodemu człowiekowi integralną wizję świata. Pytam się, którą? Ksenofobiczną? Katolicką? Jedyną właściwą? Racja, nie każdy ma tyle szczęścia w formułowaniu spójnej wizji świata, co pan Brunon. Przewodniczący KEP-owskiej Komisji Wychowania Katolickiego uraczył Terlikowskiego innymi, równie mocnymi argumentami: ''A dlaczego np. egzamin maturalny z historii, WOS-u, polskiego, angielskiego czy innego przedmiotu jest potrzebny? Żyjemy w ustroju demokratycznym, każdy ma prawo dokonać wyboru.''. Zdaję sobie sprawę, że w interesie kościelnej śmietanki (bynajmniej nie bitej) nie leży realna edukacja obywateli - najlepiej manipuluje się ciemnotą. Samodzielne myślenie trzódce nie jest do niczego potrzebne.

Przyrównywanie zajęć religii do wiedzy o społeczeństwie lub każdego innego przedmiotu jest niepoważne, znamy rzeczywistość. W polskich szkołach religia sprowadza się do narzucania uczniom jedynej słusznej, katolickiej wizji świata, bez przedstawienia młodym alternatywy lub - co również gorszy - ukazania jej jako mniej wartościowej od nauk Kościoła. Religia w takiej postaci jest wypaczeniem demokracji, do której z taką łatwością odwołuje się bp Mendyk.

Zdrowszym pomysłem jest wprowadzenie do szkół lekcji etyki, religioznawstwa lub filozofii, o ile te niszowe w naszym kraju przedmioty byłyby prowadzone przez kompetentną kadrę - nie zaś mocno ograniczonych duchownych i katechetów.

Zastanawia mnie, czy bp Mendyk i podobne mu kołtuństwo w równie demokratycznym i euro-entuzjastycznym tonie wypowiadaliby się w sytuacji, w której obok wyznania rzymskokatolickiego polski uczeń poznawałby w równym stopniu buddyzm lub filozofię F. Nietzschego.