22 kwietnia 2012

Deregulacja umysłów

Polska scena polityczna zaskakuje nas od dawna. Dużym wkładem w ten stan rzeczy może pochwalić się obecny rząd - fachowców, jak stara nam wmówić polityczna czołówka.

Koalicja PO-PSL jest ciekawym, ale patologicznym tworem. Przypomina mi ona sytuację, w której zachłanna osoba adoptuje dziecko dla korzyści socjalnych. Nie ma lepszego porównania dla ''Ludowców'', bezradnych sierot politycznych, które w myśl zasady oportunizmu służą silniejszemu. W chorej relacji panem pozostaje Platforma Obywatelska, która rzuca wiernemu pieskowi przysłowiową kość. Ta wzajemna profanacja nawet by mi nie przeszkadzała, jeśli nie odbywałaby się kosztem polskiego systemu politycznego. Polskie Stronnictwo Ludowe od lat jest kastratem, który nie może zadowolić swoich wyborców - ostatecznie nawet nie stara się co jest zwyczajną kpiną. I pomyśleć, że obecność kilku procentowego darmozjada może w tak znaczącym stopniu wpłynąć na polską rzeczywistość, utrzymując przy władzy obecny rząd.

Platforma Obywatelska wniosła pewną nowość na polskiej scenie politycznej - szeroko zakrojoną politykę marketingową. O ile zjawisko w czasie kampanii wyborczej jest wskazane, o tyle próby tworzenia PR'u obecnego rządu kojarzą się bardziej z propagandą, niż pozytywnie nacechowanym działaniem. Pod wpływem artykułu Gazety Wyborczej z dnia 16 kwietnia postanowiłem napisać o jednym z głośniejszych obecnie pomysłów rządu. Tym sposobem dzisiaj pod nóż pójdzie projekt ustawy ministra J. Gowina o deregulacji zawodów, do którego próbują nas przekonać politycy PO. Robią to na tyle skutecznie, że nawet władze PiS'u zaczęły się kłócić o to, która partia jest ojcem tego - według mnie - beznadziejnego projektu.

Uproszczając temat, deregulacja jest działaniem mającym na celu ułatwić dostęp do niektórych zawodów. Wymagają one pewnych egzaminów, szkoleń i certyfikatów, których koszty - w większości przypadków - są pokrywane przez osoby prywatne. Mogłoby się więc wydawać, że owe ''uwolnienie zawodów'' jest dobrym pomysłem.

W moim odczuciu jest to jednak kolejny, niedopracowany projekt, który ma sprawić wrażenie przyjaznego obywatelowi rządu. Argumentacja osób odpowiedzialnych za ustawę jest wymijająca, pozbawiona logiki, natomiast waga szkodliwych skutków deregulacji lekceważona. Ten schemat jest widoczny w wielu ''przełomowych'' projektach PO: reformie emerytalnej, kwestii refundacji leków czy przeniesienia składek OFE do ZUS. W celu urzeczywistnienia swoich racji rząd ucieka się do manipulacji społeczeństwem przy pomocy materiałów informacyjnych (filmy, broszury, wyreżyserowane debaty). Są one bogate w formie, jednak ubogie zawartą w sobie treścią. Nie różnią się niczym od tanich kolorowanek z sielankowymi widokami, które z dziecinną naiwnością kupią szare masy.

Machina propagandowa i tym razem wyszła z pomocą do zagubionego obywatela. Na oficjalnej stronie Ministerstwa Sprawiedliwości, obok projektu ustawy znajdziemy również kolorową prezentację wskazującą na konieczność deregulacji niektórych zawodów. To co ujrzałem wewnątrz 11-stronicowej broszury i to czego nie zobaczyłem (a powinno się znaleźć) rozśmieszyło mnie do łez. Prezentacja aż prosi się o krytykę - nie mogę więc zawieść prowokujących mnie autorów czytanki.

Zacznijmy od treści argumentów. Pierwsza strona prezentacji (nie licząc strony tytułowej) traktuje o porównaniu sytuacji w Polsce (odnośnie regulowanych zawodów) na tle pozostałych państw Europy. Informacja o (aż) 380 przypadkach regulacji w kraju jest nacechowana negatywnie. Rozumiem, że według twórców ustawy odstawanie od normy - w tym przypadku średniej europejskiej - jest wystarczającym argumentem do nadania mocy ustawie. W moim odczuciu same statystyki nic nam nie mówią, skoro w materiale nie podjęto się próby analizy tych danych. Nie wykazano m.in. zależności między liczbą regulowanych zawodów, a stopniem bezrobocia w odniesieniu do państw wymienionych na wykresie. Jednocześnie, powołując się na ''szacunki ekspertów'' stwierdzono, że deregulacja może (ważne słowo - czyżby owi eksperci gdybali?) przyczynić się do wzrostu liczby miejsc pracy, a tym samym ograniczenia bezrobocia. Postanowiłem zabawić się w dziennikarza. Zasięgnąłem informacji z tego samego źródła, tyle że na temat bezrobocia w krajach europejskich w 2011 roku. Jeśli niska liczba regulowanych zawodów miałaby mieć pozytywny wpływ na rynek pracy to nasze wzorce z wykresu, które powinniśmy naśladować (Estonia, Łotwa, Litwa), opływałyby w dobrobyt. Tymczasem według ubiegłorocznych statystyk Eurostatu nasi ''przodownicy w regulacji'' mają większe problemy z bezrobociem niż Polska. Twórcy prezentacji próbują nam przekazać, że ustawa będzie korzystna dla ludzi młodych, którzy dopiero wkraczają na bezlitosny rynek pracy. Niestety, nasi wschodni sąsiedzi nie mogą pochwalić się także tym wskaźnikiem - bezrobocie wśród osób poniżej 25 roku życia jest większe niż u nas (o ile to jeszcze możliwe). Te same dane mówią, że goniące nas Czechy (ponad 300 regulowanych zawodów) mają bezrobocie nie tylko niższe od wspomnianych wcześniej państw, ale także od Polski. O czym to świadczy? Że deregulacja zawodów to jeden z wielu czynników działających w złożonym mechanizmie rynkowym i nie ma on większego znaczenia na wzrost liczby osób zatrudnionych. Niepewność ta została wyrażona również przez twórców prezentacji pod niewinnym słówkiem ''może'', które mówi nam tyle, że ewentualna korzyść jest wynikiem gry na loterii.

Założenia anonimowych ''ekspertów'' u dołu pierwszej strony są po prostu absurdalne. Zamiast pisząc mój wywód i męczyć się z zagranicznymi statystykami mogłem przedstawić ten mało logiczny tok rozumowania za pomocą prostego przykładu. Załóżmy, że mamy do czynienia ze zwykłym ośrodkiem szkolenia kierowców. Utrzymuje się on na rynku dopasowując ceny i jakość swoich usług do potrzeb przeciętnego konsumenta. Firma ta radzi sobie dobrze, zatrudnia sekretarkę oraz 15 instruktorów jazdy. W wyniku dobrej koniunktury właściciel ośrodka postanowił zatrudnić 5 nowych instruktorów. Na stanowisko zgłosiło się dziesięciu spełniających wymogi kandydatów. Po deregulacji profesji instruktora nauki jazdy osoby aspirujące o tą posadę nie będą musieli posiadać m.in. wykształcenia średniego. Tym sposobem liczba osób mogących przystąpić do egzaminu na instruktora wzrośnie. Gdyby właściciel ośrodka postanowiłby zatrudnić instruktorów po ustawie J. Gowina, na pięć przewidzianych miejsc nie zgłosiłoby się 10 osób, ale np. 15. Stało się tak, ponieważ przez zniesienie cenzusu wykształcenia większa liczba osób mogła podejść do egzaminu. Kłamstwem jest więc twierdzenie autorów ustawy, że deregulacja przyczyni się do wzrostu liczby miejsc pracy, ponieważ ta zależy od uwarunkowań rynkowych i sytuacji finansowej danego podmiotu, nie natomiast konkurencyjności w danym zawodzie (właściciel ośrodka postanowił zatrudnić tylu nowych pracowników, ilu był w stanie utrzymać).

Kolejnym argumentem mającym przekonać nas do ustawy jest zestawienie negatywnych skutków regulacji zawodów (s. 3) z korzyściami idącymi z ich deregulacji (s. 11). Warto dodać, że w przypadku wad chodzi o nadmierną regulację. Oczywiście twórcy prezentacji nie trudzili się udowodnić, że mamy do czynienia ze zbyt rygorystyczną kontrolą zawodów. Zamiast wiarygodnych danych przedstawiono za to krótką informację (s. 10), że w wyniku konsultacji międzyresortowych (czyt. koalicji rządzącej) stwierdzono nadmierne lub zbędne regulacje w ponad 200 profesjach. Zdziwiłbym się, gdyby koledzy J. Gowina powiedzieli inaczej, tym samym poddając projekt ministra wątpliwościom. W moim odczuciu tylko z jednym zarzuconym zagrożeniem możemy się zgodzić - wyzyskiem w regulowanych zawodach.

Twórcy prezentacji mówią o wzroście bezrobocia, co zdaje się obalać wcześniejszy przykład ośrodka szkolenia kierowców. Zwolennikom ustawy musiałbym przyznać rację, jeśli mówiliby o bezrobociu strukturalnym jednak te: po pierwsze jest marginalnym zjawiskiem, po drugie dotyczy restrukturyzacji podstawowych gałęzi gospodarki, po trzecie w niewielkim stopniu dotyczy ludzi młodych. Niejasno sformowane twierdzenie daje nam możliwość swobodnej jego interpretacji, co z kolei zaniża wiarygodność tezy o bezrobociu.

W podobnym stylu zwraca się uwagę na wzrost cen i spadek jakości usług. Mówiąc o cenach (domniemam, że chodzi o ceny usług oferowanych przez regulowane zawody) powinniśmy większą uwagę zwrócić na stopień konkurencyjności w danej branży - to rywalizacja zmusza usługodawców do przedstawienia jak najkorzystniejszej oferty konsumentowi (zasada ''4P''). O ile w kwestii wpływu regulacji zawodów na ceny usług możemy się spierać, o tyle pisanie o groźbie spadku jakości usług jest bzdurą. Powróćmy do wcześniejszego przykładu OSK. W której sytuacji ośrodek szkolenia kierowców zatrudnia bardziej wykwalifikowanych pracowników? W przypadku zawodu regulowanego, gdzie kandydat musi przejść szereg szkoleń, czy po deregulacji, która umożliwia zdobycie zawodu osobie z wykształceniem podstawowym? Wnioski nasuwają się same.

Zabawnie z ust Platformy Obywatelskiej brzmi postulat odbiurokratyzowania państwa. To właśnie za ich kadencji mamy do czynienia z rozrostem aparatu biurokratycznego. Zamiast realnie zająć się tym problemem, politycy sprowadzają ogrom negatywnego zjawiska do tematu zawodów regulowanych. Nie sądzę, żeby było to właśnie te siedlisko wrogiej i kosztownej biurokracji. Obłudnikom z rządu radzę rozejrzeć się we własnym otoczeniu, gdzie przelewa się zdecydowanie za dużo pieniędzy na urzędników.

Ostatnim negatywnym skutkiem jest szkodliwy wpływ regulacji na rozwój gospodarczy państwa. Z pozoru mądrze brzmiący argument tak właściwie oznacza wszystko i nic - niewiele nam wyjaśnia. Ogólnikowość w przedstawionych słabościach nadmiernej regulacji oznacza jedynie tyle, że tęgie głowy ''fachowców'' pracujące nad ustawą tak właściwie nie mają nic poważnego do zarzucenia regulacjom zawodów.

W prezentacji jest mowa o ograniczeniu regulacji w 180 zawodach (w pierwszej turze 49). Konieczność wprowadzenia ustawy - według odpowiedzialnych za nią osób - mają potwierdzać przykłady z życia wzięte. Prezentacja porusza więc kwestie trzech profesji - przewodnika turystycznego, zarządcy i pośrednika nieruchomości. Według mnie przedstawiona grupa reprezentatywna jest trochę skromna. Poza tym nie oszukujmy się, czy wymienione zawody są na rynku pracy popularne i ważne z punktu widzenia przeciętnego obywatela w państwie? Trzy odrealnione przykłady odwracają uwagę od od innych, bardziej przyziemnych zawodów - ponadto są opisane subiektywnie i poparte skrajnymi sytuacjami.

Na przykład, w opisie zawodu przewodnika turystycznego wklejono dobrze prezentujące się zdjęcia mandatów za nielegalne oprowadzanie osób po mieście. Aby biedny i nierozgarnięty Kowalski połapał się w sprawie, panowie od prezentacji pofatygowali się o odprowadzenie strzałek i naprowadzenie go na trop - kto dostał mandat, w jakiej wysokości i za jaki przepis. Karygodne! Sprawdźmy zatem sam przepis, który jest przez autorów prezentacji nacechowany negatywnie. Mowa o ustawie o usługach turystycznych. Co ciekawsze ustawa ta została znowelizowana w kwietniu 2010 roku, czyli za rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Co w treści ustawy zmieniono? Między innymi definicje. Przewodnik turystyczny dawniej był osobą udzielającą informacji (o obiektach zabytkowych itd.), obecnie te usługi muszą być fachowe. Dodano też notę, że przewodnik sprawuje opiekę nad oprowadzanymi osobami. Przed nowelizacją uprawnienia przewodnika były wymagane jedynie w przypadku oprowadzania wycieczek - obecnie każdego turysty lub osoby odwiedzającej dane miejsce. Brutalny zapis przytoczony w prezentacji (''Kto, podejmując zadania przewodnika turystycznego lub pilota wycieczek, wprowadza w błąd co do posiadanych uprawnień, podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny'') obok kilku innych kontrowersyjnych zapisów z kodeksu wykroczeń, został dodany po nowelizacji ustawy. Przepisy te powstały więc za przyzwoleniem rządu, który obecnie wskazując na ich wadę chce usnąć regulacje w zawodzie. Bardziej rozsądnym wyjściem z sytuacji wydaje mi się poprawienie istniejącej ustawy zamiast wypuszczać kolejne buble prawne. Nie jest to pierwszy przykład partactwa (i pewnie nie ostatni).

Regulacja omówiona w trzech zaprezentowanych profesjach wskazuje na wadę systemu, którą trzeba usunąć. Sprawdźmy zatem, co oznacza deregulacja w innych, bardziej rozchwytywanych zawodach.

Każdy z nas kojarzy sympatycznych, starszych panów-ochroniarzy, którzy pracują w szkołach i mniejszych marketach. Po deregulacji zawodu pracownika ochrony fizycznej zostanie zniesiona licencja i wymóg egzaminu, a nasz na wpółmartwy starzec po przejściu szkolenia nie tylko będzie ochroniarzem z prawdziwego zdarzenia, ale też w łatwiejszy sposób zdobędzie uprawnienia na broń. Co ciekawsze, w ustawie zwrócono uwagę na konieczność wprowadzenia większej kontroli państwa nad firmami ochroniarskimi, co jest oznaką rozrostu biurokracji (którą wg J. Gowina deregulacja powinna ograniczyć).

Wszystko wskazuje na to, że po deregulacji zawodu taksówkarza będzie nim mógł zostać człowiek z ulicy (oczywiście posiadający prawo jazdy). Kandydat na taksówkarza nie będzie obowiązany przechodzić szkoleń, ani zdawać egzaminu. W kieszeni taksówkarza zostanie 800 zł, w zamian otrzymamy niższą jakość świadczonych usług. Warto wspomnieć, że ostatecznie w kolejce do pracy pierwsze będą zawsze osoby posiadające kwalifikacje i doświadczenie (byli taksówkarze), nie natomiast karierowicze bez jakichkolwiek certyfikatów. Deregulacja pozwoli nam zatem zawalczyć o etat, jednak skreśla nas już na samym początku procesu rekrutacyjnego.

Przykłady te można mnożyć, co utwierdza mnie w przekonaniu, że deregulacja zawodów przyniesie więcej szkód niż potencjalnych zysków (opierających się de facto jedynie na domysłach). Twórcy prezentacji dosyć zgrabnie manipulują informacją na swoją korzyść. Przejawów marketingowego podejścia do sprawy można doszukać się również w formie dokumentu: akcentowaniu wybranych informacji przez stosowanie podkreśleń, pogrubień, rozmiarów czcionki czy kolorowych (ale nieprzydatnych) wykresów.

Zabiegi użyte w prezentacji miały za zadanie ubarwić projekt ustawy w oczach zwykłego człowieka. Niestety, przez brak merytorycznych argumentów oraz manipulowanie informacją (językiem z resztą też) narzędzie te nie jest w stanie trafić do osób zaznajomionych w temacie. Z pewnością natomiast dotrze do prawowitych adresatów - mas, przyszłych wyborców, którzy w najbliższych wyborach odegrają dla ''Platformy'' większe znaczenie, niż kiedykolwiek. Irytujący jest więc fakt, że pod pozorem kampanii informacyjnej buduje się własny PR - oparty na fikcyjnych sukcesach obecnego rządu.

Tradycyjnie dołączam garść odnośników, z których korzystałem przy pisaniu tekstu:
  1. Prezentacja dotycząca deregulacji zawodów,
  2. Projekt ustawy o zmianie ustaw regulujących wykonywanie niektórych zawodów,
  3. Eurostat: December 2011 Euro area unemployment rate,
  4. Ustawa z dnia 29 sierpnia 1997 r. o usługach turystycznych,
  5. Ustawa z dnia 29 kwietnia 2010 r. o zmianie ustawy o usługach turystycznych oraz o zmianie ustawy - kodeksu wykroczeń,
  6. Gazeta Wyborcza: Taksówkarze o deregulacji zawodu.

6 kwietnia 2012

Upadli strażnicy rzetelności

Często staram się poruszać na łamach bloga tematy związane z polityką i społeczeństwem. Nigdy jednak nie zabrałem się za osoby i instytucje, które są odpowiedzialne za przekazywanie tych informacji. Ciężko mi wypowiadać się w pozytywnym tonie o ''naszych'' dziennikarzach. Tekst ten będzie więc krytyką mediów, które w mniejszym lub większym stopniu manipulują ludźmi.

Pomysł na tekst narodził się przy okazji historii Madzi z Sosnowca. Jest to świetny przykład manipulacji, o której zamierzam dzisiaj wspomnieć. Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek w telewizji padł komunikat o tym jak przykładowo: ''Jacuś K. prowadzący samochodzik spowodował śmiertelny wypadeczek.'' Do czego zmierzam? Po poważnym i profesjonalnym serwisie informacyjnym oczekujemy wiernego opisu rzeczywistości, zrelacjonowania pewnego wydarzenia. Zamiast tego, polski rynek w zgodzie z zachodnimi trendami, ucieka się do prymitywnego grania na emocjach ku uciesze przeciętnego zjadacza chleba. Zdrobnione imię ma za zadanie podkreślić niewinność i bezsilność dziecka. Zamieśćmy w materiale dodatkowe sceny z pustym wózkiem lub leżącą na ziemi pluszową zabawką. W efekcie historia przybrała na dramatyzmie. Większymi pokładami emocji emanuje informacja o śmierci półrocznej Madzi, niż Magdaleny Waśniewskiej. Chociaż moje zimne podejście może kogoś urazić to powinno być one wpisane w zawód dziennikarza. Niestety, coraz częściej mamy do czynienia z koloryzowaniem, dezinformacją, podsuwaniem widzom gotowych do przyswojenia wniosków.

Moim zdaniem to właśnie stacja TVN jest tą najbardziej moralizatorską i populistyczną. Nie odbiegając za bardzo od ostatnich wydarzeń, zbulwersowało mnie wydanie ''Faktów po Faktach'' z dnia 4 lutego, w którym prowadząca program Katarzyna Kolenda-Zaleska zaatakowała jednego ze swoich gości, Krzysztofa Rutkowskiego. Zainicjowała ona poważną dyskusję od prowokacyjnego pytania w stronę wspomnianego gościa (cyt: ''Coś ze wzrokiem pan ma? Chory?''). Po genialnej w swojej prostocie ripoście K. Rutkowskiego (cyt: ''Patrząc na taką gwiazdę mogę być oślepiony'') prowadząca program zasugerowała, że charakterystyczne dla byłego detektywa okulary to stylizacja z filmu ''Miami Vice''. Kiedy rozmowa zeszła na dobry tor, a p. Rutkowski odpowiadał na zarzuty odnośnie udostępnienia mass mediom nagrania z zeznań Katarzyny Waśniewskiej, p. Kolenda-Zaleska zapominając o swojej roli zaczęła bronić matki zmarłego dziecka. Nie tylko tak widoczna stronniczość wprawiła mnie w osłupienie. Równie szokujące były argumenty redaktorki, które w domyśle miały potępić postępowanie K. Rutkowskiego (cyt. ''Pan nie miał na myśli dobra tej kobiety [...] proszę pana, ona jest dalej kobietą [...] to jest nieetyczne''). Rozumiem, że w oczach ''profesjonalistki'' płeć jest wystarczającym powodem, aby współczuć popularnej w ostatnim czasie manipulantce, jaką jest K. Waśniewska. Agresywny ton wypowiedzi p. Kolendy-Zaleskiej utrzymał się do końca dyskusji. Jakby tego było mało, K. Rutkowski musiał nie tylko wysłuchiwać rozhisteryzowanego gospodarza programu, ale także bezzasadnych wywodów drugiego z gości, Mariusza Sokołowskiego będącego rzecznikiem prasowym Komendanta Głównego Policji. Warto dodać, że tło widoczne za dziennikarką przedstawiało zdjęcia zniczy i taśmy policyjnej co jest kolejnym przykładem wpływania na emocje widzów.

Opisane przeze mnie pikantne sytuacje to tylko znikoma część całego materiału. Odnośniki do wspomnianego wydania ''Faktów po Faktach'' zamieszczam na dole tekstu, jednak nie ręczę za ich aktualność. Stacja TVN nadzwyczaj aktywnie działa w przypadku tej sprawy i skutecznie przyczynia się do usuwania niewygodnych nagrań z internetu - robiąc sobie przy tym czarny PR.

W polskim środowisku dziennikarzy jest więcej person, które sposobem wypowiedzi wzbudzają we mnie irytację. Rodzina TVN'u ma na stanie więcej niereformowalnych feministek, które dostają erekcji relacjonując pielgrzymki lub przeprowadzając wywiady z katolickimi autorytetami. Takie postawy odnajduję w postępowaniu Justyny Pochanke, Magdy Mołek, a w szczególności prowadzącej program ''Dzień Dobry TVN'' Doroty Wellman. Nie uważam siebie za szowinistę. Z doświadczenia jednak wiem, że to męska część dziennikarzy wydaje mi się wykazywać większą merytoryką. Dla porównania umieszczam świeższe wydanie ''Faktów po Faktach'' z dnia 4 kwietnia, którego prowadzącym był Grzegorz Kajdanowicz. Swoją drogą dziwię się, co taka osoba robi w tym skomercjalizowanym rynsztoku. Powiedziałbym, że żeńska ekipa stacji może się od kolegów wiele nauczyć. Nie sądzę jednak, aby takie wzorce były pożądane w stacji skierowanej w głównej mierze do kobiet. Wspomniany wcześniej poranny program ''Dzień dobry TVN'' jest również dobry. Jestem w stanie zaakceptować prezentowane w nim prymitywne treści - wszakże plebsu kawiorem nie żywimy. Bardziej dobija mnie stopień wartościowania poszczególnych reportaży w efekcie czego historie o uratowanych życiach czy czyjejś śmierci są zestawione z celebrytami, pogodynkami i przepisami kulinarnymi. Taka forma selekcjonowania treści wzbudza we mnie niesmak. Powiedziałbym, że w pełni uzasadniony ponieważ uważam, że tego typu kontrasty otępiają widza, a czasami także jego zdolność do empatii.

Inne stacje telewizyjne również mają swoje perełki, na widok których wyłączam telewizor. Mam na myśli osobę Małgorzaty Ziętkiewicz (Polsat) oraz Piotra Kraśko (TVP). Gdybym miał być zmuszony do wyboru najbardziej rzeczowej stacji, prawdopodobnie palmę pierwszeństwa przyznałbym Polsatowi. Abstrahując od ogłupiających programów rozrywkowych, serwisy informacyjne są realizowane na poważnym poziomie. Nie mam również większych zastrzeżeń do publicystyki serwowanej przez Telewizję Polską. Mimo to staram się ograniczyć kontakt z pełną nadużyć telewizją.

Polskie realia irytują. Myślę jednak, że osoby z odrobiną rozumu zauważą próby manipulacji masami, tym samym dystansując się od całego zjawiska. Wkrótce święta wielkanocne. W serwisach informacyjnych nastanie rodzinna atmosfera. Ważne dla państwa sprawy przestaną się liczyć, a biedny widz z każdej strony będzie ostrzeliwany króliczkami, pisankami i wypowiedziami księży tłumaczącymi przeciętnemu katolikowi, czym tak właściwie jest Wielkanoc. Nie będę tak cukierkowaty jak media. Mimo wszystko życzę wierzącym czytelnikom bloga dobrze spędzonych świąt - niewierzącym natomiast smacznego kota.

Przytoczone materiały:
  1. ''Fakty po Faktach'': K. Rutkowski i M. Sokołowski - CZĘŚĆ I
  2. ''Fakty po Faktach'': K. Rutkowski i M. Sokołowski - CZĘŚĆ II
  3. TVN Player: ''Fakty po Faktach'' z dn. 04.04.2012 r.