11 marca 2012

Kto niesie kaganek oświaty?

Czas najwyższy przełamać się po miesięcznym wypoczynku od blogowania. Nie oznacza to jednak, że ostatni miesiąc próżnowałem, a dziś wybudziłem się z zimowego snu. W ostatnim czasie na wszystko braknie czasu. To studia, to judo. W końcu też na dobre powróciłem do joggingu. Na koniec warto pochwalić się nowym związkiem. Dzisiaj w pewien sposób ambitnie, bo o sprawach ważnych - ważniejszych niż nowa fryzura Katarzyny Cichopek i śmierć Ryśka z ''Klanu''.

Tęsknota za blogiem robi swoje. Kawa zaparzona, niestety inspiracji brak. Obecnie media żyją wypadkiem kolejowym pod Szczekocinami. Prawdę mówiąc, rzygam wydarzeniami publikowanymi w blokach informacyjnych, dotyczącymi wszelkiego rodzaju katastrof czy śmierci znanych osób. Nie od dziś wiadomo, że zła informacja sprzedaje się lepiej. Mimo to negatywne odczucia wzbudza we mnie nie tyle kwestia etyczna, co sztuczność tego przedstawienia i obłuda ''zszokowanych i pogrążonych w refleksji'' odbiorców mass mediów. Nie długo trzeba czekać, aby w polskich realiach nad zwłokami poległych zaroiło się od hien chcących przypodobać się ludowi. Sejmowa, polityczna opozycja zaczyna stawiać zarzuty rządowi (zwłaszcza PiS ma wprawę w graniu trupem), nasz bezpłodny prezydent ogłasza żałobę narodową, kiedy - jak to zauważyli internauci - na polskich drogach co roku ginie zatrważająca liczba osób (w ubiegłym roku ponad 4 tysiące). Może dla odmiany, zamiast o śmierci poruszymy temat życia?

Nie tak dawno napisałem na blogu o sporze wokół ACTA. Najwidoczniej rodacy zawsze są chętni do brania udziału w - podsycanych przez media - zbiorowych spektaklach. O ''polaczkowatości'' (rozumianej jako przywary Polaków) pisał niegdyś R. Dmowski. Chociaż większość jego poglądów jest mi nie po drodze, w jego ocenie rodaków tkwi ziarno prawdy. Od tamtych czasów niewiele się w tej kwestii zmieniło - chyba, że na gorsze. Mam na myśli młodych Polaków: bez charakteru, moralności, bez tożsamości. Rośnie nam pokolenie idiotów, które ostatecznie stanie się filarem państwa. Logika podpowiada nam, że kto stawia dom na słabych fundamentach, długo nabytkiem się nie nacieszy.

Nie tak dawno, na łamach jednego z forum, na którym się udzielam, został poruszony temat polskiej oświaty. Nigdy nie uważałem, aby była ona dobra. Mówię tu głównie o procesie edukacji od szkoły podstawowej po licea. Zamiast zajmować się realnymi problemami, kolejni ministrowie edukacji poświęcają czas na kosmetykę np. wielokrotne zmiany w egzaminach maturalnych. Problemem nie są też zamykane szkoły w małych gminach czy nieprzystosowane sale dla sześciolatków. Polski system oświaty uważam za archaiczny na całej linii. Wina leży po stronie osób za niego odpowiedzialnych. Program nauczania jest nastawiony w głównej mierze na przyswajanie wiedzy teoretycznej, bez ćwiczeń polegających na jej praktycznym wykorzystaniu. Pewna część przedmiotów jest postrzegana jako drugorzędne. Mam na myśli wychowanie fizyczne, wiedzę o społeczeństwie, przysposobienie obronne czy porządnie gwałcone w Polsce zajęcia religii.

Jaka ewolucja? Na początku był Adam i Ewa.

Lekcje religii są jawną mistyfikacją. Prowadzone przeważnie przez duchownych i katechetów mają na celu utwierdzanie w uczniach katolicyzmu - w dodatku proceder ten jest utrzymywany przez państwo (przy poklasku zaściankowej części społeczeństwa oraz polityków, którzy najwidoczniej lubią klękać przed duchownymi i robić im dobrze :-). Przeglądając dzisiaj jeden z artykułów na stronie Gazety Wyborczej (link), natknąłem się na wypowiedź pani minister edukacji K. Szumilas, która zapewniała o bezpiecznej pozycji lekcji religii w polskich szkołach. W zachodnich krajach dominuje trend prowadzenia zajęć z etyki/filozofii, gdzie odpowiednio wykwalifikowany nauczyciel prowadzi lekcje z prawdziwego zdarzenia - traktujące równo każdą religię jak i poglądy filozoficzne. W ubiegłym semestrze miałem przyjemność uczęszczać na zbliżony do religii przedmiot (przypominam, że studiuję politologię). Różnica pomiędzy treściami wykładanymi na uniwersytecie, a tymi na etapie szkoły podstawowej po czasy liceum jest ogromna. Należy zadać sobie pytanie czy faktycznie filozofia lub religia jest przedmiotem niezbędnym w szkole. Ja jednak przychylam się za nim, jako nieodzownym narzędziem w procesie wychowawczym.

Uczeń winien wiedzieć, że maska MP-4 posiada dwa filtry.

Zaniedbane jest także przysposobienie obronne i wiedza o społeczeństwie, które to bardziej niż inne przedmioty kształtują postawy obywatelskie wśród młodych osób. Wiedza o społeczeństwie oferuje potrzebną, jednak suchą i trudną w przyswojeniu wiedzę. Program powinien skupić się również na bardziej życiowych aspektach - przystosowaniu młodych ludzi do funkcjonowania w urzędniczym gąszczu - pogłębianiu ich wiedzy o funkcjonowaniu urzędów pracy, pomocy społecznej oraz innych placówek, o które możemy się otrzeć w dorosłym życiu. ''WOS'' z samej nazwy jest bliższy nauce o administracji publicznej, niż szeroko pojętej polityce. Przysposobienie obronne kojarzy mi się z dwiema godzinami lekcyjnymi poświęconymi bandażowaniu ofiar oraz rzutowi granatem. Trochę mało jak na cały rok edukacji - nawet z tą jedyną godziną zajęć w tygodniu). Nie uważam, aby dominujące w programie elementy, przygotowujące uczniów na wypadek wojny, znalazły uzasadnienie w swoim istnieniu. Bardziej współczesnymi, a zaniedbywanymi kwestiami są: nauka pierwszej pomocy, wykłady na temat sposobu zachowania się w przypadku wypadku czy klęski żywiołowej. Na koniec - pomijany i nabierający celowości w świetle obecnych wydarzeń w kraju - aspekt znajomości zasad ruchu drogowego. Mam tu na myśli przede wszystkim uświadamianie uczniom praw na drodze z perspektywy osoby pieszej. O ile mi wiadomo, jeśli taki temat zostanie poruszony na forum klasowym, to zwykle obejmuje jedną godzinę lekcyjną i jest realizowany powierzchownie.

Skakanie przez kozła i zwolnienie od mamy.

Wychowanie fizyczne jest kolejnym przedmiotem, który pomimo pojawiającego się w szkołach problemu otyłości jest traktowany jak zło - zwłaszcza wśród uczennic wykręcających się zwolnieniami. Z tego co mi wiadomo, w tym roku weszły pewne zmiany dające placówkom możliwość odejścia od klasycznego modelu wychowawczego. Uczeń zamiast obowiązkowych zajęć ''WF'' może zapisać się do sekcji bądź klubu sportowego i na tej podstawie być zwolnionym z niewiele dających zajęć lekcyjnych - zwykle realizowanych według schematu ''macie piłkę i grajcie''. Moim zdaniem to dobry kierunek zmian, jednak infrastruktura w wielu miejscowościach nie pozwala na takie rozwiązania (pomijając już kwestię niereformowalnej dyrekcji, która nie kwapi się do innowacyjnych rozwiązań).

Nieprzygotowana nauczycielka o antykoncepcji?

Pieniądze znajdują się za to za nauczanie ''martwych przedmiotów'' takich jak godzina wychowawcza i wychowanie do życia w rodzinie. Jeśli chodzi o pierwszy z nich, zrozumiałbym gdyby lekcja ta miała realny wpływ na proces wychowawczy ucznia. Problematyka narkotyków czy alkoholizmu jest realizowana od niechcenia i w sposób mało atrakcyjny dla młodej osoby. Bazując na doświadczeniu z liceum, postrzegam te zajęcia jako czas na bezsensowne rozmowy lub odrabianie zaległego materiału z innego przedmiotu. Entuzjazmu nie wzbudzają też zajęcia z wychowania do życia w rodzinie. Byłbym rad, gdybym mógł usłyszeć bajki o pszczółkach, kwiatkach, kapuście lub bocianach. Zamiast tego, dyrekcja liceum za autorytet w tej kwestii uważała katechetkę, która mówiła wyłącznie o aspekcie emocjonalnym - i to w dość przekoloryzowany sposób (chyba pod wpływem nauki katolickiej lub odmóżdżających seriali telewizyjnych).

Walka klasowa. Impotencja polskiego nauczyciela.

Grono pedagogiczne to kolejny problem polskiej oświaty. Gdy słyszę o kolejnych protestach i biadoleniu na niskie nauczycielskie pensje, robi mi się nie dobrze. Nie znam innego zawodu budżetówki, w którym to pracownik ma kilka miesięcy wolnego w roku i z pobudek opiekuńczo-wychowawczych coroczne wyjazdy z uczniami (za darmo). Mimo wszystko to nie przywileje są tutaj kwestią godną napiętnowania. Moje oczy od zawsze były głodne młodych, ambitnych nauczycieli, którzy prowadząc lekcję potrafią wzbudzić w odbiorcach zainteresowanie. Jest to mniejszość i nie sądzę, aby przez pięć lat od ukończenia przeze mnie liceum cokolwiek się w kwestii kadr zmieniło.

Ogromną wadą systemu są koła zainteresowań (a raczej ich brak), które kryją w sobie ogromny potencjał. Tematycznie mogą uzupełniać program danego przedmiotu (w sposób lekki, bez presji związanej z ocenami), ale są także narzędziem umożliwiającym nauczycielowi trafić do świata młodego człowieka poprzez kluby czysto hobbystyczne (film, muzyka, sesje RPG). Bezsprzecznie jest to metoda wychowawcza, budująca dobre relacje z nauczycielami, oraz ich autorytet - który tak niewielu potrafi sobie wypracować. Czy uczniowi chciałoby się pozostawać po zajęciach w szkole? Myślę, że tak o ile program danego klubu wydałby się na tyle atrakcyjny, aby poświęcić na niego trochę czasu. Byłbym również skłonny opowiedzieć się za opcją obowiązku uczestnictwa w życiu jednego z klubów - oczywiście z odstąpieniem od tego wymogu w przypadku innych, nadobowiązkowych zajęć wpływających na rozwój psycho-fizyczny ucznia (np. sekcje sportowe, prywatny kurs gry na gitarze czy działalność charytatywna). Warto byłoby zastanowić się, czy wymóg prowadzenia przez nauczycieli takich nadobowiązkowych zajęć nie byłby wystarczającym krokiem do ich zmotywowania. Tak właściwie to przyczyną braku takich przedsięwzięć jest lenistwo nauczycieli, nie zaś uczniów, których inicjatywy często rozbijają się o pełne stagnacji grono pedagogiczne. Prawa ucznia i zarząd uczelniany to mityczne przymioty mające dać młodym namiastkę demokracji, poczucie posiadania wpływu na decyzje podejmowane w placówce. Hodując młodych ludzi niczym bezmyślną trzodę w zagrodzie, odbierając im prawo do trosk i obowiązku, naiwnie wypatrujemy oznak społeczeństwa obywatelskiego - jeszcze nie zdarzyło się, aby kwiat wśród trzody i na gnoju wyrósł.

Dryfowanie po rynku pracy.

Czasem wydaje się, że w polskiej oświacie jest tyle mechanizmów do zreformowania, że na ewentualne nowości nie ma miejsca. Nie mówię tutaj o e-tornistrach, które są dobrym pijarowskim zabiegiem serwowanym nam przez obecny rząd chociaż przyznam, że informatyzacja oświaty (i ogólnie pojętej administracji w Polsce) również jest ważnym punktem. W szkołach średnich brakuje funkcji doradcy do spraw karier, która jest tak powszechna w wielu europejskich - i nie tylko - krajach. Osoba ta prowadzi indywidualne konsultacje z uczniami, mające na celu przygotować je do życia po liceum/technikum, zapoznać z rynkiem pracy czy pomóc zadecydować w kwestii ewentualnie podjętych kroków po zakończeniu szkoły średniej. Często jednak jest tak, że uczeń jest zdany sam na siebie - nie chodzi tu tyle o absolwentów studiów co o osoby kończące technika, po których zwykle planują podjąć pracę.

Rozprawiać o polskiej oświacie można byłoby w nieskończoność. Poruszyłem jedynie nieliczne problemy, wielu z nich pewnie sam nie dostrzegłem lub zaniechałem z powodu braku potrzebnych mi informacji (np. kwestia socjalna ucznia). Przez sympatię do mojego państwa chciałbym wypowiadać się o jego organach w jak najlepszym świetle, niestety w tym przypadku byłoby to mijanie się z prawdą. Rządzący zdają się zapominać, że społeczeństwo obywatelskie nie jest produktem, który można kupić. Jedynie długoletnia i sumienna pielęgnacja całego systemu pozwoli nam wychować płodnych obywateli.