20 marca 2012

Kobieta kobiecie wilkiem

Aktywistki ''Femen'' w Kijowie. (fot. Sergey Dolzhenko).
Nie tak dawno obchodziliśmy szowinistyczne, obelżywe i dyskryminujące kobiety święto 8 marca. Kurz po tegorocznej ''Manifie'' opadł, rozładowane z negatywnych emocji panie powróciły do swoich kuchni - tym bezpieczniej czuję się poruszając dzisiaj wdzięczny temat feminizmu. O polskich działaczkach nazywających siebie feministkami pisałem przy okazji kampanii politycznej Partii Kobiet. O ile ja z młodzieńczego stylu wyrosłem, o tyle środowisko polskich feministek zdaje się zostało pominięte w procesie ewolucji.

Zjawisko feminizmu w Polsce stało się w ostatnim czasie popularne. Po części jest to zasługa samych aktywistek, po części również populizmu medialnego napływającego do nas z Zachodu. Na kwestię dyskryminacji kobiet w kraju patrzę ze znacznym dystansem. Prawdę mówiąc, jest to dla mnie przejaskrawiony problem. Poczucie niesprawiedliwości społecznej wychodzi w głównej mierze od ułamka kobiet, który poprzez efektowne i pełne ekspresji inicjatywy stwarza pozory dużej wagi tego problemu. Oczywiście nie kwestionuję istnienia w Polsce samego zjawiska dyskryminacji, które z większym lub mniejszym natężeniem występuje (w zależności od środowiska). Przyczyn tego procesu powinniśmy się doszukiwać w charakterystyce społeczeństwa niż świadomej propagandzie męskiej populacji planety.

W demokratycznym ustroju każdy ma prawo do wolności światopoglądowej (z pewnymi wyjątkami). Jest to system efektywny, o ile mamy do czynienia z prawdziwą dyskusją, w której demonstrująca strona potrafi wyartykułować konkretne argumenty. Niestety polski feminizm nie kojarzy mi się z merytoryką, a niedojrzałym jazgotem zbulwersowanych oraz często zakompleksionych pań. Feministycznym postulatom towarzyszy mylenie pojęć równości i równouprawnienia, które dla wielu osób są terminami jednoznacznymi. Równość to pojęcie szerokie i zależne od kontekstu. Kobiety i mężczyźni nie są sobie równi, chociażby pod względem anatomicznym (ale także psychicznymi). Biologiczna nierówność nie oznacza jednocześnie niższości jednej z dwóch płci. Pretensje feministek o skazanie ich przez naturę na rodzenie dzieci brzmią niepoważnie i świadczą o niedojrzałości kobiet je wygłaszających - braku samoakceptacji i sprzeciwu wobec ról narzuconych nam od urodzenia. Dlatego też opowiadam się za stwierdzeniem, że obie płcie są sobie nierówne co poniekąd determinuje je do wzajemnego uzupełniania się w codziennym życiu.

Węższe pojęcie równouprawnienia ściśle wiąże się z państwowością oraz funkcjonowaniem w społeczeństwie. Dotyczy ono uregulowania stosunku państwa (dokładniej mówiąc polskiego prawodawstwa) do danej grupy obywateli. W kontekście dzisiejszego tekstu, w naszej rzeczywistości płcie są równouprawnione o czym mówi 33 art. Konstytucji RP. Gdzie więc tkwi przyczyna małej ilości kobiet zatrudnionych na pewnych stanowiskach? Często przytaczana zazdrość męskiej klasy pracowniczej to mało poważny argument. Wolnorynkowość - ale także zdrowy rozsądek - wywiera na pracodawcach przymus dobierania osób posiadających odpowiednie cechy i kwalifikacje dla danego stanowiska. W pewnych przypadkach wynika to z wspomnianej już nierówności płci. Kobiety niechętnie garną się do pracy na budowie czy w kopalni, za to ochoczo żądają parytetów, dzięki którym odgórnie dostaną gwarancję przyjemnej, dobrze opłacalnej pracy biurowej. Dostrzegam pewną niekonsekwencję ze strony feministek, które wypaczają znaczenie słowa ''sprawiedliwość''. Nasuwa się pytanie, czy w imię poprawności politycznej wprowadzić selekcję kandydatów ze względu na płeć, zamiast biorąc pod uwagę ich kwalifikacje. Parytety brzmią dla mnie populistycznie i mało demokratycznie. Należy jednocześnie przyznać, że obecne wchodzenie kobiet do życia publicznego jest skutkiem wielowiekowej tradycji i dominacji mężczyzn. Z tego też powodu kobiety dopiero uczą się poruszać po nowych obszarach. Robią to z coraz większą skutecznością, dlatego nie uważam - w tym przypadku - ingerencji państwa za rozsądne rozwiązanie. Przystanie na tego typu żądania doprowadziłoby do wielu absurdalnych sytuacji.

Na forum feministek często poruszana jest również kwestia aborcji w Polsce. W 2002 roku odbyła się ''Manifa'' pod hasłem: ''Moje życie - mój wybór''. Rok później kolejne egoistycznie brzmiące hasło: ''Nasze ciała, nasze życie, nasze prawa''. Chociaż to moja subiektywna ocena, pojmowanie aborcji, jako decyzji należącej wyłącznie do kobiety, jest błędem. Nie mówię tutaj nawet o sporze, czy aborcja jest czymś etycznym czy nie, ale o pewnych prawach mężczyzn - związanych z wkładem w ten proces. Nikt nie może zaprzeczyć, że pod tym względem męska płeć ma równie wiele do powiedzenia na temat aborcji.

Polski feminizm jest utożsamiany przeze mnie z takimi działaczkami jak Manuela Gretkowska (założycielka Partii Kobiet) czy Kazimira Szczuka. Problemy natury społecznej jak aborcja, niskie płace kobiet, finansowanie z budżetu państwa zabiegów ''in vitro'' i przedszkola są z pewnością kwestiami wartymi poruszenia. Nie podoba mi się jednak, że według feministek (zrzeszonych na przykład we wspomnianej wcześniej partii) jest to całościowy program polityczny, który mówi nam jedynie tyle, że państwo polskie powinno być prywatną piaskownicą, umilającą zachcianki pań z poczuciem szkody. Na przykładzie Polski zamiast merytorycznej dyskusji o prawach kobiet, widzę wyłącznie ekspansję - podsycaną dodatkowo przez pełne populizmu media.

Nie orientuje się za bardzo w ruchach feministycznych w różnych regionach świata, ale w naszym kraju zauważyłem ciekawe, żeby nie powiedzieć śmieszne zjawisko. Skoro kobiety tak bardzo nie tolerują seksizmu, dlaczego równie chętnie co mężczyźni z niego korzystają? Mówię tutaj np. o dwuznacznych reklamach, które budzą wśród damskiej części społeczeństwa liczne kontrowersje. Zabiegi marketingowe uprzedmiotowiające kobiety nie są obce także feministkom. W 2001 roku ''Manifa'' startowała pod hasłem: ''Nie daj sobie zatkać ust byle czym''. Kolejny przykład. Partia Kobiet, o której pisałem już na łamach bloga, nie sprowadziła kampanii wyborczej do merytorycznych argumentów, ale... skłoniła się do pokazania na plakatach roznegliżowanych członkiń partii. Szowinistycznie brzmiący tekst ''jeśli nie masz nic ciekawego do pokazania, pokaż cycki'' wzięły sobie do serca także ukraińskie aktywistki ''Femen''. Organizacja słynie ze swoich nagich protestów - ku uciesze męskiej części przechodniów.

Feministki mnie bawią, chociaż jestem wybredny w kwestii humoru. Wydaje mi się, że przez swoje działania jedynie szkodzą całemu żeńskiemu środowisku (de facto, nieutożsamiającemu się z tym ruchem), utrwalając stereotypy pod adresem kobiet. Zainteresowanym osobom polecam moje starsze teksty poświęcone kwestii feminizmu:
  1. Quasi 9.999: Równość, a równouprawnienie.
  2. Quasi 9.999: Polska jest kobietą...