25 stycznia 2012

Psychologia tłumu według ACTA

W ostatnim czasie środowisko polskich internautów zdaje się żyć, budzącym liczne kontrowersje, tematem umowy handlowej ACTA. Dokument, który 26 stycznia w Tokio ma podpisać również Polska, według protestujących osób jest próbą ocenzurowania internetu oraz inwigilacji obywateli. Wzmożona aktywność społeczeństwa nie umknęła uwadze mediów, jednocześnie zmobilizowała opozycyjne ugrupowania polityczne do krytyki rządu.

Prawdę mówiąc, kiedy obejrzałem krótki film z YouTube obrazujący koncepcję ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement), w obliczu przedstawionych sytuacji, wzbudził we mnie uzasadnione obawy. Chyba żaden internauta nie życzyłby sobie wizji ukazanej w materiale. Zastanowił mnie jednak brak bezpośrednich odwołań do treści umowy, które mogłyby potwierdzić złe intencje jej twórców. Odseparowując się od głównego nurtu panikarzy, najzwyczajniej w życiu zasięgnąłem wiedzy u źródła. Po przeczytaniu ACTA w żaden sposób nie mogę podzielić krytyki przeciwników podpisania umowy, która według mnie wynika ze zwykłego niedoinformowania społeczeństwa, a nie realnego jego zagrożenia.

Nie od dziś wiadomo, że chętniej sprzedaje się negatywna wiadomość. Po oddolnej fali protestów internautów (spowodowanej między innymi ujęciem właścicieli serwisu MegaUpload), machina propagandy ruszyła. Nie bez winy pozostają media, które zachowując pozory rzetelności, podsyciły całą atmosferę. Prym w ''uświadamianiu'' ludności w tym przypadku wiodą jednak amatorskie akcje: łańcuszki, demotywatory ukazujące rzeczywistość po ACTA, liczne filmy (także komentarze popularnych blogerów) czy mało poważne petycje podpisywane przez pełnych młodzieńczej naiwności niepełnoletnich.

Jedną z bardziej wyrazistych socjotechnik pozostaje wideo z apelem grupy ''Anonymous''. Film jest tak mocno zmanipulowany, że postanowiłem zweryfikować zawarte w nim informacje, odnosząc się do treści umowy ACTA jak i innych zaangażowanych w sprawę aktów normatywnych. Materiał z powodu swojej chaotycznej formy może sprawić trudności w analizie, więc osobno rozwinę kwestię opisów konkretnych sytuacji kończąc na ocenie języka użytego w apelu.

Pierwszym z przykładów jest odniesienie się przepisów ACTA do znaków towarowych na przykładzie ''General Motors Tampons'' (0:20 min.). Scena została zobrazowana w sposób komiczny, mający na celu ukazać absurdalność dokumentu, jednak autorzy nie byli do końca szczerzy w swoim przekazie. W rzeczywistości ochrona znaków firmowych odróżniających od siebie poszczególne przedsiębiorstwa nie powinna w żaden sposób gorszyć. Każdy winien przyznać, że bezprawne użycie na produkcie np. loga Adidas jest formą kradzieży. Warto podkreślić, że kontrowersyjny dokument w tej kwestii nie wprowadza tak właściwie niczego nowego. Na mocy porozumienia TRIPS z 1994 roku, do którego Polska przystąpiła w 2000 roku, sygnatariusze są zobowiązani do prawnej ochrony znaków towarowych (sekcja 2, art. 15).

Następnie poruszono problematykę zdefiniowania własności intelektualnej (0:50 min.), którą autor świadomie zrównuje z własnością materialną, tym samym dochodząc do wniosku, że niematerialna rzecz nie może zostać skradziona (a tym samym skopiowanie np. muzyki nie jest przestępstwem). Kolejnym przekłamaniem jest twierdzenie, że opisywana umowa w żaden sposób nie wyjaśnia znaczenia własności intelektualnej. Artykuł 5 ACTA, zawierający całą terminologię aktu, dosyć jasno stwierdza, że pojęcie tejże własności odnosi się do wszystkich kategorii własności intelektualnej zawartych w sekcjach 1-7 drugiej części porozumienia TRIPS. Gwoli wyjaśnienia możemy przyjąć, że są to wynalazki, produkty i procesy zawierające element wynalazczy i nadają się do praktycznego zastosowania (sekcja 5, art. 27) np. fonogramy, badania, programy komputerowe, oznaczenia geograficzne czy wcześniej wspomniane znaki towarowe. Jednocześnie art. 9 tego samego dokumentu podkreśla, że własnością intelektualną nie może być sama w sobie: idea, metodologia czy wzór matematyczny, co kłóci się z wnioskami wyciągniętymi przez Anonymous.

Chyba najbardziej znaną sytuacją z filmu będzie ta o przekazaniu przepisu na kurczaka (1:35 min.). Lekkie zażenowanie wzbudził we mnie fakt, kiedy wczorajszej nocy w audycji radiowej jeden ze słuchaczy, podczas dyskusji dotyczącej ACTA, wspomniał o tym właśnie przykładzie. Jak widać, przeciwnicy tej umowy jedyną argumentację, którą posiadają, wynoszą z mało poważnych materiałów internetowych. W art. 3 ACTA dowiadujemy się o relacjach pomiędzy treścią umowy, a jej wpływem na prawodawstwo sygnatariusza - mianowicie o braku kolizji oraz pierwszeństwie prawa danego państwa. Mówiąc o Polsce, najodpowiedniejszym aktem normatywnym w tej dziedzinie będzie ustawa z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych. W tejże ustawie znalazłoby się przynajmniej kilka punktów ratujących nas przed wymiarem sprawiedliwości, jednak w tym przypadku wystarczające jest przytoczenie samego art. 23 (ust. 2. Zakres własnego użytku osobistego obejmuje korzystanie z pojedynczych egzemplarzy utworów przez krąg osób pozostających w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub stosunku towarzyskiego.). Warto również wspomnieć, że przepis kulinarny jest metodą, więc w myśl TRIPS nie może być zaklasyfikowany w poczet własności intelektualnych.

W swojej analizie nie doszedłem nawet do połowy apelu Anonymous. Ilość napisanego tekstu pokazuje jednak, ile niedopowiedzeń, a także świadomych przekłamań występuje w tym materiale. Kolejnym z takich fałszerstw jest ostrzeżenie przed całkowitym monitoringiem obywatela (2:25 min.), które jest jednocześnie jednym z chętniej cytowanych argumentów przez przeciwników ACTA. Według nich nie tylko państwo będzie dopuszczało się świadomej inwigilacji społeczeństwa, ale także sami dostawcy internetu, którzy w razie podejrzenia odetną nam połączenie. W rzeczywistości, treść umowy nie zawiera ani jednego z wymienionych narzędzi. Oznacza to tyle, że metodologia działania, mająca na celu skuteczną ochronę własności intelektualnej, pozostaje w decyzji organów ścigania danego państwa. Naturalnie, w razie potrzeby podmioty prawodawcze mają możliwość wprowadzenia określonego modelu postępowania (włączając w to odłączenie sieci lub narzucenie na dostawców internetu dodatkowych obowiązków), jednak wynika to tylko i wyłącznie z suwerenności każdego kraju. W moim przekonaniu brak jednoznacznego wymogu takich działań nie motywuje wystarczająco sygnatariusza do wcielenie w życie tych narzędzi. Z tego też powodu nie sądzę, aby po przyłączeniu się Polski do umowy zaszły w tej kwestii znaczące postępy.

Przejaskrawionymi sytuacjami możemy też nazwać opublikowanie filmu, w tle którego możemy usłyszeć piosenkę chronioną prawami autorskimi (3:12 min.). Jak w przypadku przepisu kulinarnego tak i w tym przypadku nie ma widocznych śladów przestępstwa (ponieważ na mocy art. 1 zarówno fotografia jak i filmowy materiał są objęte prawami autorskimi). Co ciekawe, polskie prawo nie reguluje także zjawiska nagrywania kamerą filmów z salach kinematograficznych (ang. camcording). Dlatego też film czy zdjęcie kota z logiem Pepsi - nawet amatorskie - mają charakter twórczy i są objęte ochroną prawną. Dozwolone przez prawo polskie jest także cytowanie wypowiedzi i fragmentów gazet (art. 29 ust. 1. Wolno przytaczać w utworach stanowiących samoistną całość urywki rozpowszechnionych utworów lub drobne utwory w całości, w zakresie uzasadnionym wyjaśnianiem, analizą krytyczną, nauczaniem lub prawami gatunku twórczości.).

Jak już wcześniej wspomniałem, ACTA nie narzuca sygnatariuszowi konkretnych narzędzi do działania. Tym bardziej twierdzenie, że właściciele stron internetowych będą zmuszeni do kontroli własnej zawartości (3:35 min.) jest bezpodstawne. Powołanie się na zagrożenie m.in. Twittera jest o tyle śmieszne, że ten należy do INTA (International Trademark Association), która z kolei w czerwcu ubiegłego roku zaakceptowała ostateczny kształt umowy ACTA. Za mało śmieszne? Warto też dodać, że zaciekle walczące z umową Anonymous chwali się swoimi osiągnięciami właśnie na łamach Twittera. Oczywiście, możemy spodziewać się interwencji w sprawie serwisów hostujących pliki, które nagminnie łamały prawa autorskie (jak MegaUpload). Mimo pewnych wątpliwości uważam, że strony typu YouTube czy Imageshack nie muszą obawiać się zagrożenia ze strony wymiaru sprawiedliwości.

Ważną kwestię, którą poruszył autor filmu i z którą po części mogę się zgodzić jest geneza samej umowy handlowej i interesów, które ona chroni. Przekłamaniem ze strony Anonymous jest stwierdzenie, że artyści i bezpośredni twórcy na umowie stracą (3:57 min.). Z pewnością ich zyski będą nieporównywalnie mniejsze od szacowanych korzyści, jakie otrzymają producenci i koncerny. Mimo wszystko działanie (nawet o małej sile) zmierzające do ograniczenia bezprawnego handlu, a tym samym likwidacji szarej strefy, zaowocuje profitami każdej ze stron. Należy zaznaczyć, że nie tylko artysta, ale także producent ma prawo do ochrony swojej własności intelektualnej. Nie wykluczam, że ACTA była pewną formą lobbyingu i wynikiem zaangażowania znaczących korporacji (4:20 min.). Umowa ta jest przeze mnie negatywnie odbierana z powodu swojej stricte liberalnej formy, jednakże w żaden sposób nie może usprawiedliwiać to kradzieży dóbr oraz ich nielegalnego obrotu.

Zbliżając się do końca mojej analizy (która przy odrobinie chęci mogłaby być znacznie dłuższa) poruszę kwestię cenzury internetu, jaka według autora miałaby nas spotkać po podpisaniu przez Polskę ACTA (5:12 min.). Demokracja rządzi się pewnymi, niezbywalnymi prawami. Należą do nich prawa obywatelskie, między innymi swoboda zrzeszeń czy wolność słowa. Treść umowy podkreśla i szanuje te wartości. Poza tym, gdyby wszystkie obawy przedstawione w apelu Anonymous okazałyby się uzasadnione, ACTA funkcjonowałaby w sprzeczności z Konstytucją RP co jest niemożliwe z prawnego punktu widzenia. Musimy również pamiętać o tym, o czym Anonymous zdaje się zapomniał. Opinie, w tym także wypowiedzi krytyczne są przedmiotami prawa autorskiego. Tym zabawniejsze wydaje się stwierdzenie, że umowa mająca na celu ochronę własności intelektualnej mogłaby ją naruszać.

Niepozorny szum, który urósł dziś do problemu na skalę całego kraju, z pewnością byłby do uniknięcia, gdyby konsultacje nad umową od początku cechowała przejrzystość. Nie uważam jednak, aby kampania informacyjna cokolwiek zmieniła. Po pierwsze nie widzę powodu, aby w tej konkretnej kwestii była potrzeba takiej edukacji. Powiedzmy sobie szczerze - czy przeciętnego obywatela interesują umowy międzynarodowe, które zawiera nasz kraj? Co tak właściwie było punktem zapalnym sporu? Myślę, że poniekąd socjotechnika, po części natomiast natura zakompleksionego ''polaczka'', którego łatwo zmanipulować - zwłaszcza kiedy wygodnie mu ze swoją głupotą. Kiedy wybuchła lawina oszczerstw pod adresem inicjatorów ACTA i rządu, mało kto wpadł na genialny w swej prostocie pomysł przeczytania treści umowy. Za to całkiem ochoczo banda niedojrzałych na umyśle osób wraz ze swoimi małymi szabelkami ruszyła wykrzykując rewolucyjne hasła i porównując się do przodków walczących niegdyś o wolność Polski. Nie jest to powód do dumy (mam na myśli m.in. aprobatę dla ataków hakerów na strony rządowe) i niewiele ma to wspólnego ze współczesnym patriotyzmem. Nie nazywajmy też tych auto-destruktywnych ruchów, jak to usłyszałem dzisiaj w stacji TVN, kształtowaniem się postaw społeczeństwa obywatelskiego. Z całym szacunkiem, banda okładających się kijami szympansów z mlekiem pod nosem w żaden sposób nie przypomina mi swoją formą prób tworzenia się świadomości społecznej.

Można by powiedzieć, że przykład idzie z samej góry. Posłowie w tej kwestii również nie powstrzymali się od wykorzystania sytuacji, jako orężu w walce przeciwko oponentom. Na nagrodę Darwina zdecydowanie zasługuje Prawo i Sprawiedliwość, które od dawna znane było ze swoich zapędów wsadzania obywateli za kraty, co z resztą udowodnili głosując 2010 roku w Parlamencie Europejskim za umową ACTA (zgodnie z PO i PSL). Dzisiaj jednak ''sprawiedliwi'' zapomnieli o tym fakcie, zaczęli za to dostrzegać zagrożenie dla ludzkości i domagać się debaty publicznej w sprawie ACTA. Na łamach Europy, w najlepszym świetle według mnie pokazała się polska lewica (SLD i UP), która jako jedyna głosowała za rezolucją, do dziś podtrzymując swoje zdanie.

Po dość długim wywodzie uważam, że temat nadal jest niewyczerpany. Nie sądzę, abym do kwestii ACTA jeszcze wrócił (chyba, że wydarzy się coś wartego uwagi). Mam jednak nadzieję, że rozwiałem kilka mitów, które urosły wokół umowy. Na zakończenie zamieszczam niektóre ze źródeł, które wykorzystałem do swojej pracy:
  1. Anti-Counterfeiting Trade Agreement (ACTA),
  2. Trade-Related Aspects of Intellectual Property Rights (TRIPS),
  3. Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r.,
  4. International Trademark Association (INTA) wobec ACTA,
  5. ''No to ACTA'' - Apel Anonymous (YouTube),
  6. Gazeta Wyborcza: Głosowanie w Parlamencie Europejskim,
  7. Gazeta Wyborcza: B. Lenkowski, ''O ACTA inaczej''.

20 stycznia 2012

Błękitna Polska

Nie tak dawno, przeglądając czeluści internetu, natknąłem się na informację, jakoby miał powstać nowy ruch polityczny będący alternatywą dla Ruchu Palikota. Zagrożeniem dla ''palącego skręty'' polityka ma zostać środowisko polskich katolików.

Błękitna Polska, bo tak nazywa się owy ruch, pod patronatem dziewicy Marii zamierza stanąć w obronie uciśniętych i dyskryminowanych katolików, których rola w kraju jest bardzo zmarginalizowana. Przedstawiona sytuacja brzmi jak kiepski dowcip, jednak większą - przemieszaną ze strachem - uwagę zwracają na siebie pierwsze, kształtujące się postulaty ''młodych krzyżaków''.

Jednym z punktów programowych planowanego na kwiecień Zjazdu Katolickiej Polski będzie zgłoszenie obywatelskiego projektu ustawy o ochronie religii katolickiej. Myśl nie tyle reformatorska, co archaiczna i cofająca nasz kraj do czasów II RP. Sankcje za znieważenie symboli chrześcijańskich? Czemu nie. Rozumiem, że ateiści i innowiercy będą obrażali dominującą religię samym faktem braku jej akceptacji. Mam tylko nadzieję, ze nie opodatkują powietrza, na które katolicy w naszym ''bezstronnym'' kraju mają monopol :-)

Z poglądami konserwatystów można się zgadzać lub nie. Bardziej zaskakują mnie nabierające na sile głosy, jakim to wrogim państwem dla katolika jest Polska. W tej kwestii rzeczywistość, w oczach większości obywateli, jest raczej klarowna. Prawicowe ugrupowania widzą jednak co innego - wrogość objawiającą się w - tak właściwie symbolicznych - zabiegach dążących do uregulowania stosunków między państwem, a Kościołem. Atak Ruchu Palikota na sejmowy krzyż (nie do pomyślenia... wszyscy powinni zawisnąć) czy aktualna sprawa płatnych lekcji religii w przedszkolach - podyktowanych nie tyle z pobudek antyklerykalnych co finansowanych.

Teoretycznie Błękitna Polska mogłaby liczyć na dosyć spory elektorat. Nie podzielam jednak entuzjazmu niektórych serwisów internetowych, jakoby ugrupowanie mogło w jakikolwiek sposób zagrozić J. Palikotowi i jego ugrupowaniu. Pomijając fakt, że pomysły zaciągnięte rodem z prawa koranicznego budzą zgorszenie nawet w środowiskach katolickich, chrześcijańscy wyborcy od dawna są skoncentrowani wokół Prawa i Sprawiedliwości (ewentualnie Polskiego Stronnictwa Ludowego) i nie sądzę, aby w najbliższych latach ten trend miał się odwrócić. Moje przypuszczenia zdają się potwierdzać oderwane od głównego nurtu ruchy takie jak Polska Jest Najważniejsza czy Solidarna Polska.

Wyborczy sukces Ruchu Palikota w głównej mierze wywodzi się ze stagnacji obecnej na polskiej scenie politycznej. Nie tyle chodzi tutaj o kwestie poruszane w programach partii, co o zajmowanie przestrzeni publicznej przez te same twarze i stronnictwa. Ten rodzaj monotonii, w połączeniu z przemyślaną kampanią wyborczą RP, zaowocował wzmożoną aktywnością życia obywatelskiego. Przykład ten uzmysławia nam, że co raz bliżej polskiemu społeczeństwu do liberalizacji państwa, niż do tradycjonalistycznych rozwiązań proponowanych między innymi przez Błękitną Polskę.