24 grudnia 2012

Ość niezgody

Okres świąteczny sprzyja nie tylko komercjalizacji naszego życia, ale również rozpowszechnianiu się postaw społecznych w oparciu o hasła i symbole religijne. Nie widzę w tym nic gorszącego, o ile chrześcijańska tradycja jest formą samorealizacji i integracji wierzących, nie natomiast okazją do bojkotowania wszelkich oznak niestosowania się do religijnych reguł.

Będąc osobą niewierzącą chyba nigdy nie zrozumiem, dlaczego okres, który wspólnotę religijną powinien spajać w wierze, służy do poszukiwania wyimaginowanych zagrożeń. Nic tak nie jednoczy jak strach przed obcym? A może to tęsknota za czasami, w których każdy słusznie myślący katolik mógł opluć innowiercę? Trudno znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego czas pojednania i wewnętrznej refleksji wśród wierzących służy do dzielenia i wzajemnego obarczania się odpowiedzialnością.

Ideologiczny spór jest zauważalny również w sferze symboliki religijnej. Skrajnie prawicowe media nie mogą pogodzić się z brukselską choinką, która ma więcej wspólnego z Kostką Rubika, niż ze świątecznym drzewkiem. Jeszcze większe oburzenie w fundamentalistycznych główkach zrodził happening Klubu Gaja pt. ,,Człowiek i karp’’ Artura Pałygi.

Julia Pietrucha w akcji Klubu Gaja ''Jeszcze żywy KARP'' i droga krzyżowa karpia Artura Pałygi. Happening pod Sejmem RP.
Kampania ,,Jeszcze żywy KARP’’ ma na celu uczulić Polaków na problem sprzedaży żywych ryb i pakowania ich w foliowe torebki. Wielu sprzedawców z pobudek ekonomicznych (lub z powodu braku wyobraźni) handluje żywym towarem wychodząc z założenia, że humanitaryzm ustępuje pieniądzu. Kontrowersji wśród katolickich lobbystów nie budzi ani nadmierna troska o zwierzęta, ani sam atak na tradycję. Solą w oku wierzących staje się porównanie w sztuce Pałygi żywotu karpia do drogi krzyżowej Jezusa. Wykorzystywanie symboliki chrześcijańskiej, granie słowami takimi jak ,,cud’’ czy ,,niebo’’ jest nie do przełknięcia dla gorliwych żołnierzy Chrystusa - zwłaszcza w tak błahym celu, jak jakieś tam życie ryby. Ksiądz bez koloratki, Tomasz Terlikowski grzmi: ,,Bez specjalnego wgryzania w temat można zauważyć, że sztuka ma jeden cel: bluźnierstwo. Sensu nie ma w tym żadnego. Wszystkie te słowa i porównania mają tylko jeden cel: obrazić uczucia religijne chrześcijan, przez porównanie karpia do Zbawiciela, Boga-człowieka’’.

Prawdę mówiąc, nie mam zielonego pojęcia jak akcja uwrażliwiająca ludzi w kwestii traktowania zwierząt może być odebrana w taki sposób. Jak przekonują duchowni, chrześcijaństwo jest religią miłości do bliźniego, nawet tego mniejszego. Jeśli nie chodzi o - moim zdaniem wart grzechu - cel kampanii, to może o sam użytek symbolu? A może jednak istnieją idee, dla których warto sprofanować krzyż, kadzidło lub inny przedmiot zaspakajania wiernych? Istnieją.

Na tym samym poletku, na którym Terlikowski ekskomunikował karpia wraz z ekologami, tydzień później pojawił się artykuł zachwalający prace zachodniego artysty o pseudonimie Robert The. Chrześcijańskiemu Picasso (nie wiem tylko, czy z przekonania, czy z lansu) za materiał posłużyła Biblia. Artysta za pomocą specjalnej piły nadał jej nowy, adekwatny do dzisiejszych czasów i potrzeb ewangelizatorów kształt - kształt broni palnej. Redakcja Frondy oprócz pistoletu entuzjastycznie wspomniała również o innym - popularyzowanym hasłem ,,The most powerful weapon in the world is the World of God’’ - przykładzie wykorzystania Biblii - wycinance w kształcie granatu. Połączenie religii i narzędzi przynoszących śmierć nie gorszy? Nie, wręcz przeciwnie. Fronda śpieszy z wytłumaczeniem zasadności dzieł sztuki - cytując fragment Listu do Efezjan.

W ramach krzewienia Słowa Bożego chciałbym zaproponować coś od siebie. Uważam, że warto byłoby wykorzystać potencjał świątecznych wypieków. Każdy kościół można zaopatrzyć w foremki w kształcie pistoletu lub granatu. Na takich ciastkach można grawerować cytaty świętych lub wkładać je do środka, niczym chińskie wróżby. Widzicie tę radość, kiedy matka z córką cały dzień pracują w kuchni i utwierdzają się w swojej wierze?

Wesołych i szczęśliwych świąt życzę wszystkim, a zwłaszcza mieszkańcom Newtown. Bóg jest z wami. Pamiętajcie jednak - Słowem Bożym można zakrzyczeć na śmierć.

9 grudnia 2012

Kaczyński Relations

Jarosław Kaczyński podczas sobotniej wizyty we Wrocławiu przekonywał mieszkańców miasta, że demokracja w Polsce jest zagrożona. ,,To jest kontynuacja systemu postkomunistycznego...’’ - przekonuje wskazując palcem obecną ekipę rządzącą. Bynajmniej, kuszony przez wężoustego Macierewicza prezes PiS nie ma na myśli historycznego położenia państwa. Jego zdaniem pozostałości po minionym ustroju przetrwały do dziś i są kultywowane przez ludzi Platformy.

,,Sztuczka legitymizowania tej władzy zawiera w sobie silny element solidarnościowy, np. odwołania do Wałęsy czy budowanie różnych, nie do końca prawdziwych życiorysów poszczególnych przedstawicieli władzy (...) to nieporozumienie, to jest kontynuacja systemu postkomunistycznego, ze wszystkimi tego złego skutkami.’’
Jarosław Kaczyński

Przyznam, mało kto zna się lepiej na odwracaniu kota ogonem jak właśnie Kaczyński. Panie Jarosławie, to co nazywa pan sztuczkami legitymizacji władzy to zaledwie jedne z wielu narzędzi marketingu politycznego i mile widziany element w każdej demokracji parlamentarnej. Natężenie zabiegów mających na celu stworzenie pozytywnego wizerunku kandydata wzrasta podczas wyborów, przekłada się na jego końcowy wynik. Następnie, legitymizacja społeczna danego ugrupowania determinuje je do otrzymania legitymacji.

Pluralizm polityczny determinuje zarówno polityków jak i całe ugrupowania do skutecznego kreowania własnego obrazu, przekonania do siebie jak najliczniejszej części wyborców. Możemy zadawać sobie pytanie czy konsumpcyjne podejście do polityki jest etyczne z punktu widzenia obywatela, ale nie zmienia to faktu, że każda partia polityczna w Polsce ma te same możliwości. W jaki sposób by nie oceniać ówczesnej władzy, jest ona w pełni legalna.

Prezes PiS'u zdaje się nie pamiętać, że jakiś czas temu sam uciekał się do podobnych sztuczek, organizując quasi-merytoryczne debaty o służbie zdrowia czy gospodarce. Sondażowe słupki szybowały w górę do czasu trotylowej publikacji Gmyza, która spowodowała powrót PiS'u do dawnej, pełnej jadu retoryki. Sama świnia worek drze, sama kwiczy, panie prezesie.

Przykłady możemy mnożyć, na przykład cofnąć się pamięcią do 2011 roku. Na światło dzienne wychodzi szczególny film - ponoć dokumentalny - pt. Lider, opowiadający o życiu Jarosława Kaczyńskiego. Ta ,,niezależna’’ produkcja pokazuje drogę, jaką dwaj bracia przeszli, zanim rozłączyła ich katastrofa smoleńska. Wątki biograficzne co jakiś czas przerywają sceny z Jarosławem stojącym na czele wielkiego ruchu skandującego jego imię. W tle łopoczą biało-czerwone flagi, widzimy też logo Solidarności. Osoba nie mająca pojęcia o historii zapewne pomyśli, że to Kaczyński obalił komunizm, nie Wałęsa. Nie od dziś wiadomo, że karłowaty polityk PiS'u ma duży kompleks - w końcu to nie on jest ikoną Solidarności, a właśnie gdański elektryk. W filmie wypowiadają się również całkiem apolityczni fachowcy. ,,To było ryzyko, które zawsze gdzieś koło nas stało przez wszystkie momenty’’ - rzekł niejaki Antoni Macierewicz, kiedy w tle pojawił się wrak rozbitego Tupolewa. Bronisław Wildstein dodaje: ,,Trzeba być prawdziwym politykiem i mężem stanu. I on tym mężem stanu jest’’. Fantazja daleko poniosła również socjolożkę Jadwigę Staniszkis: ,,On jest takim urodzonym fighterem. Ma niesamowitą odporność na ciosy wynikającą z tego, że to jest człowiek bez kompleksów. Jarosław Kaczyński to jest inteligiencja, wola, odporność, wielkie poczucie własnej wartości i godności i takie właśnie granie z losem, odbijanie się od dna, walka’’.

Mąż stanu? Przywódca? Człowiek rodzinny, bez kompleksów, mający dystans do własnej osoby? W dodatku bohater walki o demokrację, jedyny w swoim rodzaju?! Panie Jarosławie, to budowanie nie do końca prawdziwego życiorysu, szczodrze zakrapiane elementami solidarnościowymi.

Trzeba przyznać, że film Lider był świetnie zrealizowanym materiałem wyborczym, który pechowo dla PiS'u został zablokowany na terenie Polski. Cytując jednak klasyka: ,,Nie wolno się na demokrację obrażać’’. Kwestionowanie legalnej władzy oraz język nakłaniający do jej zmiany to już zdecydowanie nadużycie prawa do wolności słowa. Takie zarzuty nigdy nie powinny paść z ust polityka opozycji zwłaszcza, że - jak pokazuje rzeczywistość - opieranie wizerunku ugrupowania na zamachach i spiskach przynosi prawicowej partii wyłącznie straty.

2 grudnia 2012

Śmietankowa antykoncepcja

Nie pierwszy raz nawiązuję do treści publikowanych na Frondzie. W ostatnim czasie, na poświęconej stronie prym wiedzie temat seksualności, zwłaszcza w odniesieniu do edukacji młodych gniewnych. Jak wiadomo, nikt nie zna się lepiej na antykoncepcji i życiu w rodzinie jak zasłużeni dla Polski i świata duchowni - grono mężczyzn w podeszłym wieku, którym ciśnienie w jądrach uciska już mózg. Prawicową debatę nt. najlepszej metody antykoncepcji - bitej śmietanki czy pianki do golenia - moderuje jeden z rzetelniejszych polskich dziennikarzy, Tomasz Terlikowski.

Jednym z autorytetów okazuje się ksiądz o niewiele mówiącym nazwisku, Marek Dziewiecki. Nie ulega wątpliwości, że swój wywód ksiądz napisał inspirując się projektem Ruchu Palikota, traktującym o wychowaniu seksualnym nieletnich. Ograniczony intelektualnie duchowny nie dopuszcza do siebie myśli o świeckim państwie i sytuacji, w której ktoś może artykułować poglądy sprzeczne z naukami Kościoła.

Paweł Hajncel (Człowiek Motyl) i bita śmietana na kolanach. Happening.
Katolicki pasterz, który zamienił się na rozumy z trzódką, jest zdziwiony propozycją posłów RP, zwracających uwagę na uświadamianie uczniów w kwestii skutecznych metod antykoncepcji, nie zaś na psychologicznym wymiarze rodziny. Duchowny zapomniał lub przez swoją skromność pominął fakt, że związek mężczyzny i kobiety nie ogranicza się wyłącznie do rozmów o pogodzie i grania w szachy. Ludzka, ściślej mówiąc zwierzęca natura determinuje nas do życia seksualnego. Sprzeniewierzenie się własnej naturze prowadzi natomiast do wewnętrznej frustracji, wywołaną zazdrością nienawiścią skierowaną do osób cieszących się swoim pożyciem i - w skrajnych przypadkach - dewiacji, które dziwnym trafem dosięgają śmietankowe gremium. Ks. Dziewiecki dodaje: ''Projekt mówi natomiast o promowaniu antykoncepcji i prezerwatyw, czyli zakłada, że wychowankowie będą współżyli zanim dorosną do płodności, która jest naturalną konsekwencją współżycia seksualnego''. Nie chcę za bardzo wnikać w zawiłą myśl duchownego, czym jest owa promocja antykoncepcji i jaki interes ma w tym Ruch Palikota, ale polecam mentorowi do spraw płodności zajrzeć do odpowiedniej literatury. Średnio wykształcony człowiek wie, że popęd płciowy idzie w parze nabyciem przez człowieka płodności. Uwzględniając dzisiejszy wpływ telewizji i Internetu na młodzież niedorzecznością jest wierzyć, że merytoryczne i pozbawione pikanterii lekcje wychowania seksualnego miałyby kogoś zachęcić do współżycia.

Konserwatywny hipokryta odwołuje się do statystyk z innych krajów (oczywiście nie podając ich źródła), według których edukacja seksualna w formie postulowanej przez RP prowadzi do niechcianych ciąż i chorób wenerycznych. Oczywiście, dla księdza nie mają znaczenia inne czynniki, takie jak chociażby środowisko, w którym wychowała się dana osoba. Dla wygodnego i nieczującego potrzeby głębszej analizy zjawiska Dziewieckiego wniosek jest jeden - nauka o prezerwatywach jest zgubna dla społeczeństwa tak samo jak wyższe datki na tacę mają zbawienny wpływ na pomyślność w rodzinie. Złotousty ksiądz zapomniał odwołać się do rzetelnych raportów WHO, które potwierdzają skuteczność prezerwatywy jako środka zapobiegającego zajściu w ciążę, a także wskazują na jej właściwości chroniące użytkownika przed chorobami wenerycznymi. Gdyby duchowny zagłębił się w lektury ONZ'u, odnalazłby nawet utopię, w której środki antykoncepcyjne uważane są za szatański wynalazek. Czarny Kontynent wręcz słynie z dojrzałego, szczęśliwego modelu rodziny, braku występowania zjawisk chorób przenoszonych drogą płciową i ciąż niechcianych. Tylko pozazdrościć, pakować walizki i się tam osiedlić. Wierzę, że poseł Godson podpisałby się pod tą złotą myślą. Wszystkimi czterema łapami.

Ks. Marek Dziewiecki zatrzymał się ewolucyjnie na etapie czytania kolejnej niewiele wartej encykliki. Swoimi średniowiecznymi poglądami obraża gatunek ludzki, ale nie tylko on wyraża swoją tęsknotę za minioną epoką. Donośniej szczeka Tomasz Terlikowski: ''Projekt obowiązkowej edukacji seksualnej od pierwszej klasy podstawówki, jaki zgłaszają posłowie Ruchu Palikota to próba ukradzenia naszych dzieci''.

Redaktor Frondy nie ma pojęcia o państwowości, udaje że prawo jest niezobowiązującym zbiorem herezji. W swojej wypowiedzi stwierdza, że jako rodzic ma prawo do nieskrempowanego wychowania religijnego swoich dzieci, a ów projekt tę wolność mu ogranicza.

Pan Terlikowski jak zwykle pomylił szkołę z kościołem, edukację seksualną z katechezą. Prosty demagog, usiłuje grać na emocjach mniej rozgarniętych czytelników swojego portalu, laicyzm utożsamia z marksizmem, a tym samym atakiem na Kościół. Zaprawdę, niezaspokojone libido prowadzi do chorób umysłowych.

27 listopada 2012

Rolne lobby i Żyd

Warto poruszyć kwestię uboju rytualnego, ponieważ właśnie dziś Trybunał Konstytucyjny rozpatrzy skargę w sprawie rozporządzenia, które minister rolnictwa wydał w 2004 roku, a które nijak ma się do obecnie obowiązującej ustawy o ochronie zwierząt.

Ubój rytualny w Polsce (szechita i halal). Ministerstwo Rolnictwa broni ubojni.
Krótkie przypomnienie. W 2004 roku minister rolnictwa w osobie o ironio Wojciecha Olejniczaka (SLD) wydał rozporządzenie regulujące warunki uboju zwierząt. Akt miał na celu zhumanizowanie pewnych zasad uśmiercania zwierząt, ale jednocześnie dał przyzwolenie na ich ubój bez obowiązku ogłuszenia, jeśli ten jest podyktowany obyczajami religijnymi.

Z początkiem 2012 roku weszła w życie nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt, która nie uwzględnia żadnych wyjątków w kwestii ogłuszania zwierząt.

Bez trudu można dostrzec konflikt pomiędzy postanowieniami zawartymi w rozporządzeniu a równie aktualnej ustawie. Nawet mniej przykładający się do nauki żak wie, że w hierarchii aktów normatywnych wyżej znajduje się ustawa. Z tej zależności zdał sobie sprawę prokurator generalny, który zaskarżył rozporządzenie do Trybunału Konstytucyjnego.

Czym jest ubój rytualny? Mówiąc prosto, ale dosadnie, takim uśmiercaniem zwierząt, aby mięso - zgodnie z religijnymi wytycznymi było ''czyste''. Czystość oznacza brak krwi, która w wielu kręgach kulturowych jest uznawana za brudną, wręcz plugawą. W praktyce podrzyna się nieogłuszonemu, a co za tym idzie świadomemu zwierzęciu gardło, aby te mogło się wykrwawić. Oprócz niebudzącego wątpliwości cierpienia (które przedstawiciele wybranych związków wyznaniowych i tak próbują zakwestionować) dochodzi stres związany z okolicznościami uboju, który z przyczyn ekonomicznych jest przeprowadzany zbiorowo, tym samym uświadamiając jeszcze żywym zwierzętom o ich zbliżającym się losie. Każda ''szkoła'' inaczej ten rytuał przeprowadza - począwszy od ilości cięć po pozycje zwierząt podczas całego aktu. Prawdziwa Kamasutra. Z czystości i miłości do Boga - warto dodać.

Sprawy by nie było, gdyby Ministerstwo Rolnictwa poczuwało się do naprawy niekompatybilnego z prawem rozporządzenia. Fo pa posła SLD okazuje się jednak nie do ruszenia, zwłaszcza kiedy resortowi przewodniczą Ludowcy, kolejno Marek Sawicki i Stanisław Kalemba. Chłopski, zazwyczaj eurosceptyczny umysł usprawiedliwia swoją bierność prawem europejskim, odwołuje się także do praw związków wyznaniowych gwarantowanych przez naszą Konstytucję. Gdybym nie znał natury ludzi PSL'u powiedziałbym, że to błąd w interpretacji treści unijnego rozporządzenia (które de facto zezwala państwom członkowskim na stanowienie prawa w celu ochrony praw zwierząt przy ich uśmiercaniu), że to ograniczona przez katolicki bełkot wyobraźnia, która człowieka stawia ponad inne zwierzęta. Zejdźmy na ziemię. Prawda jest brudna niczym polski czarnoziem - lobbing, klientelizm i inne towarzyszące Ludowcom dewiacje znowu dały o sobie znać.

Posłom Polskiego Stronnictwa Ludowego nie przyświeca jakakolwiek ideologia, nawet ta całkiem zgniła chrześcijańska, jeśli dopatrzą się oni konkretnych profitów dla siebie. Sprzedaż sumienia i czynów to dla ugrupowania tradycja. Na świecie taka polityczna prostytutka ma nawet krasną nazwę - jest określana mianem partii obrotowej. Opchnęliby nawet Jezusa na bazarze, za 30 srebrników. Czemu los zwierząt miałby ich odwieść od celu?

To nie tajemnica, że ubój rytualny jest zyskownym biznesem - wie o tym z własnego doświadczenia ''swój człowiek'' Ludowców. Problemem nie jest krajowy rynek. Mięso dla wyzutych z człowieczeństwa muzułmanów czy Żydów (bo tak ludzi akceptujących tę bestialską praktykę należy nazwać) z powodzeniem trafi na eksport. Duża szansa dla Polski? Staram się dostrzec w tym pewien sens, ale w zgodzie z własnym sumieniem potępię każde działanie, które jest zakrapiane krwią i cierpieniem żywych istot.

Wierzę, i można to nazwać moją młodzieńczą naiwnością, że człowieka stać na więcej. Tęsknię z czasami, kiedy liczyła się idea, ta zdrowa, polegająca na wzajemnej miłości, poszanowaniu i empatii. Wierzę też, że utarty stereotyp zwierzęcia jako narzędzia w rękach człowieka jest owocem religii, która w pełnym hipokryzji tonie mówi o miłości i obronie życia, w rzeczywistości krzewiąc niezrozumienie i cierpienie. Niezależnie od położenia geograficznego, każda religia niczym rak trawi kulturę. Bez wątpienia, jest także jej częścią, ale w tym miejscu muszę zgodzić się ze słowami Magdaleny Środy, która zwróciła uwagę na dynamiczną naturę kultury i potrzebę jej zmiany. W świecie nie ma rzeczy stałych. Świat się zmienia i bez naszej woli. Czemu więc świadomie nie zrezygnować z pewnych zasad, norm kulturowych w celu umniejszenia bezsensownego cierpienia? Wiele obrzędów odchodzi do lamusa. ''Francja walczy ze zwyczajem obrzezania kobiet wśród imigracji afrykańskiej, Niemcy zakazały właśnie obrzezania chłopców. W Indiach już dawno zniesiono zwyczaj sati (palenia żon wraz ze zmarłymi mężami)'' - mówi Magdalena Środa. Myślę, że w przyszłości wybrane społeczności odejdą także od zwyczaju uboju rytualnego czy równie kontrowersyjnej korridy. Jest to kwestia dojrzałości cywilizacyjnej, zmiany mentalności, zrównania zwierzęcia z człowiekiem, które objawi się na drodze akceptacji naszej zwierzęcej (czyt. cielesnej) natury.

Człowiek jest zdolny do wielkiej dobroci jak i wielkiego okrucieństwa. Czas najwyższy zdać sobie sprawę, że bestialstwem jest nie tylko dopuszczanie się szkodliwych praktyk, ale przede wszystkim odwracanie wzroku od tej niesprawiedliwości, ucieczka do konformistycznego stylu życia.

Dwóm impotentom decyzyjnym, a nawet trzem - wliczając Bronka Komorowskiego rekompensującego swoje braki w spodniach myśliwskimi wypadami na łono natury - gorąco polecam odwiedzić jedną z tych polskich, chlubiących się swoją specjalizacją ubojni i przy fleszu reporterskich aparatów dostąpić zaszczytu przeprowadzenia tego humanitarnego rytuału ''oczyszczenia'' i z dyplomatycznym uśmiechem na twarzy podjąć się próby przekonania społeczeństwa o małej szkodliwości tego religijnego obrządku.

25 listopada 2012

Maturalna indoktrynacja

Dyskusja na temat miejsca religii w szkole jest niewskazana, a jej inicjatorzy to zazwyczaj upadli moralnie heretycy, zaślepieni zapewne ateistyczną propagandą głupcy. Inna sprawa, jeśli kij w mrowisko, zwane niekiedy kompromisem, wtykają duchowni. Oni bardzo lubią wkładać. Wszystko. Wszędzie.

Zdaniem obrońców Kościoła katolicyzm w Polsce jest tłamszony, a jakikolwiek sprzeciw wobec finansowania zachcianek duchownych z publicznych pieniędzy to jawna dyskryminacja, wpisująca się w modny ostatnimi czasy termin ''cywilizacji śmierci''.

Całe szczęście, że cywilizacja śmierci nie położyła swoich świeckich łap na najbardziej rozpoznawalnym dziś apostole, Brunonie K. Romantyczne wizje katolickiego rycerzyka musiały porządnie zainspirować biskupów, których ostatni list traktuje o dołączeniu religii do listy maturalnych przedmiotów.

Na łamach Frondy bp Marek Mendyk stwierdził, że zajęcia religii ukazują młodemu człowiekowi integralną wizję świata. Pytam się, którą? Ksenofobiczną? Katolicką? Jedyną właściwą? Racja, nie każdy ma tyle szczęścia w formułowaniu spójnej wizji świata, co pan Brunon. Przewodniczący KEP-owskiej Komisji Wychowania Katolickiego uraczył Terlikowskiego innymi, równie mocnymi argumentami: ''A dlaczego np. egzamin maturalny z historii, WOS-u, polskiego, angielskiego czy innego przedmiotu jest potrzebny? Żyjemy w ustroju demokratycznym, każdy ma prawo dokonać wyboru.''. Zdaję sobie sprawę, że w interesie kościelnej śmietanki (bynajmniej nie bitej) nie leży realna edukacja obywateli - najlepiej manipuluje się ciemnotą. Samodzielne myślenie trzódce nie jest do niczego potrzebne.

Przyrównywanie zajęć religii do wiedzy o społeczeństwie lub każdego innego przedmiotu jest niepoważne, znamy rzeczywistość. W polskich szkołach religia sprowadza się do narzucania uczniom jedynej słusznej, katolickiej wizji świata, bez przedstawienia młodym alternatywy lub - co również gorszy - ukazania jej jako mniej wartościowej od nauk Kościoła. Religia w takiej postaci jest wypaczeniem demokracji, do której z taką łatwością odwołuje się bp Mendyk.

Zdrowszym pomysłem jest wprowadzenie do szkół lekcji etyki, religioznawstwa lub filozofii, o ile te niszowe w naszym kraju przedmioty byłyby prowadzone przez kompetentną kadrę - nie zaś mocno ograniczonych duchownych i katechetów.

Zastanawia mnie, czy bp Mendyk i podobne mu kołtuństwo w równie demokratycznym i euro-entuzjastycznym tonie wypowiadaliby się w sytuacji, w której obok wyznania rzymskokatolickiego polski uczeń poznawałby w równym stopniu buddyzm lub filozofię F. Nietzschego.

28 października 2012

Chrystus AA

Przed dniami, przy okazji wypłynięcia sprawy pijanych latarni atakujących kapłanów, Tomasz Terlikowski odkrył, że biskup jest człowiekiem, zwykłym śmiertelnikiem. Redaktor Frondy nabytej wiedzy z zakresu biologii zaciekle broni, jednocześnie zarzucając ateistom klerykalizm, polegający na wierze w nadludzką naturę ludzi Kościoła.

Ku mojemu zdziwieniu, od poświęconego redaktora dostało się także mediom. Nie mam pojęcia, w jakich stacjach lubuje się pan Terlikowski, ale wyciągnąłem zupełnie inne wnioski oglądając, jak kolejne serwisy informacyjne w pozytywnym tonie wypowiadały się o wyświęconym alkoholiku, a jego akt skruchy bliskie były okrzyknięcia heroizmem - zasługującym na najwyższe odznaczenia państwowe.

Ciężko uwierzyć słowom Terlikowskiego, gdy na jego wirtualnym podwórku bez skrępowania udzielają się wielcy obrońcy bp Jareckiego - bynajmniej nie ateiści czy niezależni dziennikarze. Jednym z takich wschodzących autorytetów jest ks. Skrzypczak, który w wywiadzie na Frondy powiedział, że posługa kapłańska jest zawodem narażonym na stres. Problemy psychiczne potęguje nienormowany czas pracy i ''służba'' w... niedziele i święta. O biedni! Toż to chińskie obozy pracy! Ponadto księża biorą na siebie ciężar spowiedzi, tajemnic życia, czymkolwiek ten mądrze brzmiący termin dla ks. Skrzypczaka jest. Katolicki pasterz w swoim rozumowaniu posuwa się dalej, porównując alkoholizm do cukrzycy. Nie obchodzi mnie pijany klecha, o ile przewraca się gdzieś na parafii lub w przydrożnym rowie. Problem pojawia się wtedy, kiedy nietrzeźwy kierowca stwarza zagrożenie dla innych osób. Dziś użytkownicy dróg mogą odetchnąć z ulgą - podopieczny św. Krzysztofa w karze za swoją niesforność dostał osobistego szofera, aby móc już bezstresowo uwalać się do nieprzytomności.

''W relacji Boga z człowiekiem jest tak, że im bardziej człowiek zostaje zaproszony do udziału w relacji z Bogiem, tym bardziej jest narażony na różne konsekwencje.'' - to kolejny wywód duchownego Skrzypczaka. Nietrudno dojść do wniosku, że Chrystus aka Bóg jest kumplem od kieliszka. Każdy z nas wie, że Panu z Niebios nie wypada odmówić jednego głębszego. To zapewne tłumaczy, z jaką niechęcią księża odprawiający niedzielną ceremonię spożywają mszalne wino, w miejscu pracy, wbrew obowiązującemu prawu - wszakże wolę bożą trzeba wypełniać (i obalać - do dna). Zapewne Tomasz Terlikowski zachodzi dziś w głowę, jak wytłumaczyć negatywny klerykalizm u wypowiadającego się na Frondzie duchownego, który zachowanie pijanego bp Jareckiego tłumaczy siłami wyższymi.

W swoich wnioskach daleko posunął się także ks. Henryk Korża: ''Gdyby każdy był taki jak biskup Piotr Jarecki, to Polska byłaby piękna, szczęśliwa i trzeźwa! Mielibyśmy tu raj!''. Wątpię, aby alkoholicy uczynili ten kraj lepszym, ale z całą pewnością przemysłowi samochodowemu taka teoria by się spodobała.

Jak napisał T. Terlikowski: ''I że on (biskup) także potrzebuje lekarza jakim jest Chrystus. A także, co najważniejsze, że właśnie na takich upadających grzesznikach (także alkoholikach, złodziejach, tchórzach) Chrystus buduje swój Kościół, którego moce piekielne nie przemogą.''. Poświęconemu redaktorowi trzeba przyznać - Chrystus ma niezłą paczkę. Na Ziemi takie środowisko nazywamy meliną.

Spirytus Santus. I do przodu! Chwalmy Pana.

20 października 2012

Kastraci o dzieciach i demografii

W Polsce dzieje się źle. Kraj ogarnia nie tylko kryzys gospodarczy, ale także kulturowy i ideowy. Do takich przełomowych wniosków doszli biskupi, których list był odczytywany w polskich kościołach. Sprawa nie była szerzej komentowana w mediach, a szkoda, gdyż porządna krytyka wydarzenia z 7 października mogłaby ostudzić zapał kościelnych hierarchów we wtrącaniu się w ustawę antyaborcyjną.

Młodym Polakom nie śpieszno zakładać rodzinę, wychowywać potomstwo. Księża w trosce o swoje emerytury biją na alarm - to nie jest przejaw przemian obyczajowych, a zamach na chrześcijańskie wartości! Dewoci w sukienkach nie są świadomi tego, że zlizywanie bitej śmietany z kolan problemów demograficznych w żaden sposób nie rozwiąże, a utrzymywanie bezpłodnych darmozjadów - więźniów własnej woli - jest dla państwa niepotrzebnym wydatkiem.

Hierarchowie przekonują, że tylko tradycyjna (czyt. katolicka) rodzina może społeczeństwo uleczyć. Związki partnerskie są nie tylko bezowocne, ale także szkodliwe dla protegowanego konserwatywnego modelu. Skąd te zgorszenie wśród ludzi Kościoła? Wszakże polskiego księdza i geja wiele dziś łączy - zwłaszcza ich wkład w przyrost naturalny. Granicę między czarnymi, a tęczowymi nakreśli w przyszłości nauka. Nauka poradzi sobie z biologicznymi ograniczeniami rozrodczymi człowieka. Nauka jednak nigdy nie wyleczy człowieka z chorej i szkodliwej dla otoczenia ideologii. Wierzę, że dożyję czasów, kiedy homoseksualista będzie wyżej w społecznej hierarchii od starego kawalera w sutannie.

Duszpasterze kochają nas pouczać, zwłaszcza w mało cnotliwych kwestiach jak seks czy macierzyństwo. Zapomnieli o jednym - od gadania dzieci nie przybywa. Nie potrafią zrozumieć, że Polka to nie wiatropylna Maria z Nazaretu. Jak zachęcać do rodzenia degradując znaczenie seksu? Jak wartościować związek dwóch osób opierając się wyłącznie na kryterium orientacji seksualnej? Skąd ta niekonsekwencja? Nie odróżniają oni rzeczywistości od fikcji. W Polsce niewielka to przeszkoda na drodze ku nauczaniu edukacji seksualnej.

Projekt ustawy antyaborcyjnej autorstwa Solidarnej Polski to temat stygnący. Biologiczną zupę wypiera ta druga - zupa na Stadionie Narodowym. Na nieszczęście, Polak zje wszystko. Media dobrze znają gusta smakowe Polaków, dlatego warszawski kebab gości dziś na stole. Nie śpieszy mi się wykreślać wczorajszej potrawy z menu - nawet jeśli była zakrapiana mszalnym winem.

Skąd medialne potępienie dyskusji o aborcji w Polsce? Dlatego dziennikarze i politycy obchodzą się z przedawnionym kompromisem jak z największą świętością? Parlament nie jest muzeum dla archaicznej myśli - jest pełną dynamiki areną modernizującą ten kraj. Milczenie to przywilej, na który polityk nie może sobie pozwolić. Niestety istnieją grupy, które z prawa do milczenia skorzystać powinny, powstrzymując się tym samym od niewartych złamanego grosza opinii na temat praw kobiet.

Nie jestem zadowolony z małego zwycięstwa ustawy antyaborcyjnej - manifestacji tęsknoty za świecą i jaskiniową grotą. Przeraża mnie myśl, że na tak wysokim szczeblu państwowym znajdują się osoby, których rozwój zatrzymał się na etapie zbierania jesiennych liści z przedszkolanką. Panie premierze - może to konsekwencja zasiadania w Sejmie spawaczy, zamiast absolwentów politologii? Słuchając wypowiadającego się posła Godsona, jego wiedzy i argumentacji, których powstydziłby się uczeń szkoły podstawowej, odnoszę wrażenie, że Sejm rządzi się prawami rodem z reality show. Śmiem wątpić, aby w wyborach parlamentarnych wyłoniono posła na Sejm Johna Godsona. Wyłoniono sympatycznego czarnego ludzia, który z przyzwyczajenia do rodzinnych stron pomylił kobietę z tapirem. Niesforność kolegów śpieszy wyjaśnić Grzegorz Schetyna: ''Nie wszyscy posłowie zdawali sobie sprawę, jakie będą konsekwencje ich głosowania ws. ustawy antyaborcyjnej''. Posłowie Platformy nie potrafią czytać ani odróżnić kobiety od inkubatora. Potrafią za to zlepek komórek nazwać człowiekiem.

Zwolennicy uszkodzonych płodów (w tym nasz zaprzyjaźniony spawacz z Nigerii) widzą zalety powołania do życia dzieci (nie)bożych. Usłyszałem gdzieś w mediach romantyczną wizję, coś o silnej paraolimpijskiej kadrze. Ku mojemu zdziwieniu nie był to głos Joanny Muchy. Kapitalny pomysł, ale czy nie prościej byłoby skorzystać z rezerw pełnosprawnych bezrobotnych obywateli i kilkorgu z nich ująć co nieco? Argument nietrafiony, jak sama katolicka definicja człowieka. Wśród przeciwników aborcji znalazły się także bardziej utylitarne przesłanki. Nie wiem jednak, jak mam je interpretować. Czy zdaniem niektórych osoba z Zespołem Downa jest w stanie pracować o własnych siłach, założyć rodzinę, utrzymać ją i płacić podatki? Rozmowa zeszła za niebezpieczny tor. Największy szok powinien wywołać fakt, że to nie zwolennicy liberalizacji prawa do aborcji przeliczają człowieka na pieniądze, a środowiska prawicowe, które o szacunku do życia nie mają zielonego pojęcia.

Kończąc, kompromis w sprawie aborcji uważam za zgniły. Nie sądzę, aby znalazł się kontrrozmówca mogący udowodnić słuszność ograniczenia praw kobiety z tytułu praw płodu. W tym miejscu mam ciekawą propozycję dla obrońców życia od chwili poczęcia. Poniżej zamieściłem dwa zdjęcia - zarodek ludzki w czwartym tygodniu ciąży oraz psi płód, mający w przybliżeniu także miesiąc. Czy osoby przekonane o wyjątkowości życia ludzkiego są w stanie odróżnić ludzia od zwierza? Zapraszam do dyskusji.

Ustawa antyaborcyjna podzieliła sejm. Solidarna Polska: Ochrona życia od chwili poczęcia jest wartością.

13 września 2012

Zmysł estetyczny Korwina Mikke

Polityczny plankton ma w zwyczaju wygłaszać treści na tyle wyraziste, aby zapadły w pamięci przeciętnego zjadacza chleba. W podobnym stylu realizuje się Janusz Korwin Mikke, który zabłysnął w ostatnim czasie wypowiedziami o osobach niepełnosprawnych.

Temat nie należy do aktualnych, nawet poruszałem go częściowo w poprzednim wpisie. Mimo to warto wrócić do problemu, ponieważ na feralnym tekście konserwatysty się nie skończyło.

Nie mogę pojąć, skąd wzięło się upodobanie pana Korwina Mikke do segregacji społeczeństwa, dzielenia go na elementy zdrowe i te skażone defektami – które trzeba izolować od reszty. Historia zna ideologicznych przywódców, którzy nie rozumiejąc lub celowo zniekształcając dorobek filozoficzny F. Nietzschego, głosili podobne poglądy. Trzeba być debilem (określenie ponoć fachowe, kulturalne), aby sądzić, że poczucie estetyczne jest wystarczającym argumentem do zamknięcia niepełnosprawnych w czterech ścianach.

Janusz Korwin Mikke wierzy, że ich obecność w sferze publicznej demoralizuje, prowadzi do degradacji cywilizacji. Przed laty stwierdził nawet, że dzieci niepełnosprawne powinny uczyć się osobno, ponieważ kalectwo jest zaraźliwe. Wierność poglądom wzbudza pewien szacunek, jednak w tym przypadku przypomina mi ona fanatyzm. Najwięcej o moralności mają do powiedzenia ci najbardziej zepsuci.

Myślę, że osoby niepełnosprawne nie potrzebują takiej troski. Mądrze w tej kwestii wypowiedział się w programie Tomasz Lis na żywo Jan Mela. Każdy posiada w sobie pierwiastek utylitaryzmu, potrzebę bycia pełnoprawnym członkiem społeczeństwa. Zaskakuje fakt, że w cywilizowanym świecie znajdują się osoby chcące odebrać innym to prawo.

Przewodniczący Kongresu Nowej Prawicy na dzieleniu się ze światem swoimi radykalnymi poglądami nie kończy. Co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie. Według p. Korwina Mikke porównywanie niepełnosprawności do pryszcza na twarzy lub chorego psa nie jest niczym gorszącym. Niestety nie działa to w drugą stronę. Przekonał się o tym bloger Tomasz Jakub Sysło, któremu złotousty polityk zapowiedział proces za satyryczny rysunek. Hipokryzją jest szczekanie każdego dnia na cenzurę, jednocześnie kneblując innym usta.

Janusz Korwin Mikke o niepełnosprawnych.
Inwalidzi i zboczeńcy do gazu (rys. Tomasz Jakub Sysło).

5 września 2012

Paraolimpijskie kłody

Zdaje się, że nasi paraolimpijczycy mają w sobie więcej ikry niż ich pełnosprawni koledzy. Walczą nie tylko z własnymi słabościami, ale także z lekceważącą polityką państwa polskiego. Tym większą radość sprawia fakt, że w klasyfikacji medalowej zajmujemy fantastyczne dziesiąte miejsce.

Natalia Partyka jest tenisistką stołową, biorącą udział w Olimpiadzie w Londynie.
Być może na wielu rodakach ten wynik nie robi większego wrażenia. Według mnie powinien, ponieważ obecność Polski na tle ucywilizowanych krajów wygląda naprawdę egzotycznie. Zawodzę się na podejściu państwa do zawodowego sportu, chronicznym niewykorzystywaniu potencjału dyscyplin, w których odnosimy pewne sukcesy. Dzieje się to przy jednoczesnym dotowaniu darmozjadów - zarówno sportowców, jak i związkowców, którzy nie czują powołania do godnego reprezentowania kraju za granicą.

Olimpijski duch wydaje się być żywą wartością już jedynie na aktualnie odbywających się Igrzyskach. Przyglądając się londyńskim zmaganiom odniosłem wrażenie, że wśród polskiej kadry to niepełnosprawni zawodnicy wykazują się większą ambicją. Codzienne życie determinuje ich do stawiania sobie nowych celów, przekraczania barier, które wielu by zniewoliły. Porażka jest czynnikiem motywującym ich do cięższej pracy, nie zaś okazją do wymówek i okłamywania siebie. Ludziom brakuje tego autokrytycyzmu i odpowiedzialności. Do grona takich osób z pewnością możemy zaliczyć naszego pływaka, Pawła Korzeniowskiego, którego wypowiedź na łamach Faktów po Faktach mogła wprawić w osłupienie niejednego: ''Niedosyt mam bardzo duży, bo po półfinale czułem się bardzo dobrze. Wiedziałem, że następnego dnia będzie jeszcze lepiej, bo czułem, że mam jeszcze rezerwę. Niestety, finał wzbudza przede wszystkim emocje i może one wzięły górę. Też pierwszy raz w życiu ogoliłem plecy i może to spowodowało, że miałem troszeczkę inne czucie wody. Było inne ułożenie ciała, co spowodowało, że popłynąłem tak jak w półfinale''.

Zapewne pan Korzeniowski brak owłosienia na plecach uważa za kalectwo. Trzeba przyznać, że na pewno jest to oryginalniejsza wymówka od zwyczajnego: ''Nie wiem, co się stało, brak szczęścia, coś poszło nie tak''. Trzymam się powiedzenia, że niepełnosprawność jest stanem umysłu. Tę zasadę zdaje się wyznawać Natalia Partyka, która podobnie jak Oscar Pistorius, próbuje swoich sił w konfrontacji z pełnosprawnymi przeciwnikami. Oni wiedzą, po co przyjechali. Są prawdziwymi zwycięzcami tych Igrzysk.

Na straty spisało ich poniekąd także państwo. Telewizja Polska nie zdecydowała się na emisję Igrzysk Paraolimpijskich, części największego święta sportu na świecie. Zapewne wesoła ekipa z Woronicza uważa, że sensowniej jest przeznaczyć środki z tytułu abonamentu radiowo-telewizyjnego na transmisje z Watykanu oraz produkcję ckliwych seriali. O ironio, odbiorcy tego chłamu - emeryci i renciści - są zwolnieni z obowiązku opłaty abonamentu od 2008 roku. Za ustawę podziękujmy posłom Platformy Obywatelskiej. Innym incydentem, który okazał się bardziej dotkliwy dla paraolimpijczyków, był ten z PLL LOT. Państwowy przewoźnik odmówił transportu sprzętu niepełnosprawnych sportowców, uznając go za nadbagaż.

Można powiedzieć, że brak wyobraźni i wszechobecna głupota mieszczą się w krajowych normach. Wielka szkoda, że dzieje się to kosztem paraolimpijczyków, o których istnieniu wszyscy sobie przypomną po ich powrocie.



1 września 2012

Watażka ''Solidarności''

Z dawnej ''Solidarności'' zostało niewiele. Odnoszę wrażenie, że dzisiaj bardziej ona szkodzi demokracji niż współtworzy jej struktury. O ironio, to NSZZ ''Solidarność'' w dużej mierze wywalczyła Polakom wolność. Czemu dziś ją odbiera ideologicznym językiem i bezprawnymi działaniami, niczym nie różniącymi się od komunistycznych metod?

Stocznia Gdańska im. Lenina.
Za ostatni, niemający nic wspólnego z demokratycznymi praktykami czyn, uważam usunięcie przez dwóch działaczy związku napisu ''im. Lenina'' z bramy Stoczni Gdańskiej. Ciężko nazwać ten akt wandalizmem, ponieważ temu wykroczeniu przyświecają niskie pobudki. W tym przypadku mamy do czynienia jednak z toksycznymi oparami prawicowego bełkotu, motywowanego tęsknotą za bezprawiem i przeświadczeniem, że z tytułu zasług dla Polski ze zdaniem ''Solidarności'' należy się liczyć. 

Nic dziwnego, że w happeningu pod stocznią zjawili się posłowie PiS, Andrzej Jaworski i Janusz Śniadek - poprzedni przewodniczący związku. Ten pierwszy nazwał wydarzenie czyszczeniem miasta z fantazji komunistycznych Pawła Adamowicza, prezydenta Gdańska. Podobnego zdania jest naczelny watażka ''Solidarności'', Piotr Duda, który usilnie stara się prześcignąć autorytet Lecha Wałęsy, w rzeczywistości nie dorastając mu do pięt. Wracając do sprawy, w mniej lub bardziej uzasadnionych powodach zdjęcia napisu ''im. Lenina'' pojawia się argument Konstytucji RP. Przyjrzyjmy się jej zatem dokładniej:

Art. 13. Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa.

Ilekroć czytam powyższy artykuł, nie mogę doszukać się znamion przestępstwa, do którego przekonują nas intelektualne karły z ''Solidarności'' i PiS. Odpowiednie przepisy traktujące o komunizmie wyrażone są również w Kodeksie karnym:

Art. 256. § 1. Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Art. 256. § 2. Tej samej karze podlega, kto w celu rozpowszechniania produkuje, utrwala lub sprowadza, nabywa, przechowuje, posiada, prezentuje, przewozi lub przesyła druk, nagranie lub inny przedmiot, zawierające treść określoną w § 1.

O złamaniu któregoś z przepisów moglibyśmy dyskutować, gdybyśmy przywrócenie napisu im. Lenina traktowali w kategoriach promowania ideologii komunistycznej. Tak nie jest, przynajmniej ja się z tym nie zgodzę. Historia, jakakolwiek by była, nie jest powodem do wstydu, a szacunek do niej nie jest oznaką aprobaty dla pewnych zjawisk - w tym przypadku systemu komunistycznego. Za analogiczny przykład może posłużyć II Wojna Światowa i nasz zachodni agresor. Czy zawarte w podręcznikach szkolnych informacje o III Rzeszy są wyrazem uznania dla ideologii nazistowskiej? Mój zdrowy rozsądek podpowiada, że nie. Odrestaurowanie bramy Stoczni Gdańskiej do stanu z sierpnia 1980 roku traktuję jako wyraz pamięci o historii, którą awanturnicy z ''Solidarności'' najzwyczajniej chcą wymazać. Odbiegając trochę od aktualnego tematu, spójrzmy jeszcze raz na paragraf pierwszy 256 art. k.k. Czy abp Józef Michalik podpisując się pod apelem o pojednanie, nawołującym do walki z ateizmem, nie złamał obowiązującego w Polsce prawa? Według posłów Jaworskiego i Śniadka zapewne nie. Krótkowzroczność religijnej prawicy jest godna podziwu.

NSZZ ''Solidarność'' dawno zatracił swoje wartości, nie potrafi artykułować argumentów słownych, zastępując je argumentem siły. Świadkiem metod rodem z plemienia Hutu byliśmy w czasie głosowania nad podniesieniem wieku emerytalnego. Nic nie tłumaczy zachowań protestujących związkowców, którzy najwidoczniej zatrzymali się ewolucyjnie na etapie strajkowania i nieposzanowania organów państwowych.

Oba wydarzenia łączy jeszcze jedna wspólna cecha - wprawiająca w zdumienie bierność służb porządkowych (podczas akcji pod bramą stoczni była obecna policja). Skąd ten brak reakcji, stanowczości w obliczu opluwania polskiego prawa? Nie jestem wielkim miłośnikiem Lecha Wałęsy, ale zapadła mi w pamięć wypowiedź ikony ''Solidarności'' po wydarzeniach na Wiejskiej: ''Władza jest władzą. Gdybym był na miejscu Tuska, wydałbym polecenie - spałować. Władzę trzeba szanować, wybierać mądrze.''. W pełni zgadzam się z tym twierdzeniem. W przypadku łamania prawa służby porządkowe winny być bezkompromisowe, wzbudzać respekt wśród obywateli, wykazywać się mądrością, także silną ręką, kiedy jest to wymagane. Oczywiście to nie w kompetencjach premiera leży decyzja o interwencji - myślę, że również Lech Wałęsa nie miał do końca na myśli policji kontrolowanej przez aparat rządowy. Pomijając kontrowersyjny język elektryka, to ciekawe, jak ten prosty człowiek bez wykształcenia potrafi wykazać się życiową mądrością w swoich niektórych wypowiedziach. Działacze ''Solidarności'' mogą nauczyć się od byłego kolegi ważniej umiejętności - życia w demokratycznym państwie.

31 sierpnia 2012

Światowy dzień bloga

Światowy Dzień Bloga obchodzimy 31 sierpnia.
Blog Day 2012. Przyłącz się do akcji.
Dzisiaj obchodzimy ciche święto blogerów, Dzień Bloga. Przeprowadzając drobne rachunki wyszło mi, że to już siódma edycja akcji Blogspotu, polegającej na podzieleniu się z czytelnikami cenionymi przez nas blogami.

Powiedziałbym, że tradycji musi stać się zadość, ale prawdę mówiąc nie mam głowy do dat - w kwietniu przespałem piątą rocznicę mojego bloga, a obchodzone dzisiaj święto zawitało na łamach Quasi 9.999 jedynie trzy lata temu (całe szczęście, że pamiętałem dziś o urodzinach mojej dziewczyny).

Nie przywiązuję większej wagi do tego typu wydarzeń, ale z szacunku do polskiej blogosfery (której de facto jestem częścią) z chęcią poświęcę chwilę czasu na gest, dzięki któremu jeden z poleconych dzisiaj blogerów być może zyska wiernego czytelnika.

Goście odwiedzający nasze blogi i - co lepsze - systematycznie udzielający się na nich uważam za wyraz uznania dla naszej pracy w sporządzaniu kolejnych tekstów. Blog to taka e-pociecha, która przysparza nam tyle samo nieprzespanych nocy co chwil radości z owoców naszej pracy.

Niezależnie od regionu blogosferze towarzyszy czarny pijar, za który możemy być wdzięczni domorosłym blogerom traktującym swoją działalność jako przejaw aktualnej mody oraz - co gorsze - karierowiczom mających za cel łatwy zarobek. Ten wirtualny świat jest niemniej fałszywy od codziennej rzeczywistości.

Mimo wszystko warto ten jeden dzień w roku zarezerwować blogerom z powołania, którzy nie tylko świetnie spełniają się w swojej roli, ale także niespecjalnie przystępują do wyścigu szczurów. Najpierw jednak krótko o zasadach akcji, do której wszystkich zapraszam:
  1. Znajdź 5 blogów, które Tobie wydają się interesujące.
  2. Powiadom 5 innych blogerów, że zapraszasz ich do zabawy w BlogDay 2012. 
  3. Napisz krótki opis polecanych blogów i zamieść link do nich.
Pozwoliłem sobie wykreślić dwie ostatnie zasady, które są według mnie archaiczne. Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się więcej o akcji (którą Blogspot najwidoczniej zaniedbał), zapraszam do zapoznania się z informacjami na oficjalnej stronie wydarzenia.

W ostatnim roku moja czytelnicza lista blogów uległa diametralnym zmianom. Z pełną satysfakcją polecam poniższe strony: 

Literufka - W przystępny sposób o polszczyźnie w mediach społecznościowych pisze Aleksandra Pałka, studentka socjologii i dziennikarstwa. Wiele blogów językowych jest pisanych sformalizowanym językiem, a ich autorzy naiwnie wierzą, że są autorytetami w dziedzinie. Literufka nie ma w swej treści krzty moralizatorskiego tonu, ponadto poruszane przez Aleksandrę tematy są oryginalne i ciekawe. Nowoczesne i nienużące podejście do języka polskiego to atrakcyjna pozycja dla każdego blogera dbającego o jakość swoich wpisów. Przyznam, że blog ten czytam z większą przyjemnością niż chociażby ten cenionego przeze mnie prof. J. Bralczyka.

Dama Kier - Blog polityczny, swoją ''wiarą'' bliski mojemu sercu. Autorka opisuje polską rzeczywistość społeczno-polityczną w sposób przystępny, cięty i trafny. Jest to blog lewicowy, sól w oku zaściankowych katolików, nastoletnich miłośników J. Korwina-Mikke i utopijnego liberalizmu, którym onanizują się egoistyczne dzieci nie znające prawdziwego życia. Polska to barwny kraj i niewyczerpalne źródło blogowej działalności. Dama Kier chętnie tę cechę wykorzystuje, trafiając w gusta wielu odbiorców - wszakże każdy z nas ma serce po lewej stronie.

Kontra z lewej - Lewica ma również męskie spojrzenie na politykę. W przeciwieństwie do sierpem malowanej Damy, w blogu p. Pawła Krysińskiego nad ideologią dominuje rzeczowa dyskusja o bieżących wydarzeniach z kraju. Bojowa nazwa bloga nie przeszkadza autorowi pisać w sposób opanowany, warty uwagi wymagającego czytelnika. Nie zabraknie treści antyklerykalnych - szkoda, że jest ich tak mało w polskim parlamencie.

Blog Mirasa - Blog najdłużej śledzony na mojej dzisiejszej liście. Jego główną tematyką jest japońska popkultura (głównie anime i manga), nie brakuje również tekstów o książkach, filmach, grach, naszej dzisiejszej kulturze. Anime jest niszowym tematem, często nietraktowanym poważnie. Jako miłośnik tej formy sztuki (może to brzmieć abstrakcyjne dla osób nieznających tej formy) z chęcią odwiedzam podwórko Mirasa. Czasem warto się odchamić, spróbować czegoś innego niż seriale z TVP. Bloger ma pojęcie o dziedzinie, w której się wypowiada - może kogoś uchroni od szarej rzeczywistości.

InterJAK - Chociaż blogerem jestem pięć lat (myślę, że to całkiem imponujący staż), dopiero za sprawą bloga p. Marka Trenklera zacząłem doceniać uroki marketingu internetowego. Teksty blogera są tylko na pozór ciężkie, w przystępny sposób wyjaśniają mechanizmy promocji w internecie, które nie zawsze wiążą się z nakładami pieniężnymi. Myślę, że to dobra skarbnica wskazówek dla blogerów nawet, jeśli nie są skłonni oglądać internetu od kuchni. Chociaż dla niektórych gorzkie, InterJAK to skuteczne lekarstwo na blogowe pustki.

Osoby zainteresowane moimi wcześniejszymi typowaniami zapraszam do starszego wpisu z Quasi 9.999. Lista ciekawa, ponieważ ukazująca ulotność blogów - nawet tych, które na wygaśnięcie nie zasłużyły.

20 sierpnia 2012

Rzucam ateizm

Żartowałem, ale przyznacie - chwytliwy tytuł, zwłaszcza w kontekście ostatnich wydarzeń. Starałem się zostawić w spokoju temat wizyty Cyryla I w Polsce. Najzwyczajniej w życiu nie obchodzi mnie przedstawienie, krzyk rozpaczy dwóch wyznań, które w ten sposób chcą nam przypomnieć o swoim istnieniu i przekonać, że coś jeszcze znaczą we współczesnym świecie.

Mówi się, że leżącego nie powinno się kopać. Agonalny charakter apelu o pojednanie był mi obojętny do czasu ostatniego przemówienia moskiewskiego patriarchy na św. Górze Grabarce. Jak stwierdził Cyryl I: ''Wy w Polsce, a my w Rosji, w byłym ZSRR, mamy świadomość, co to znaczy budować państwo i wspólnotę bez Boga. Mamy unikalne doświadczenie, co to znaczy budować przez ludzi państwo bez Boga i wiemy, że taka budowa obraca się później przeciwko samemu człowiekowi''.

Cyryl I razem z arcybiskupem Józefem Michalikiem podpisują list otwarty.
Tłumacząc wszystkie nieszczęścia świata brakiem boga trywializujemy problem. Powiedziałbym nawet, że w ogóle nie traktujemy go poważnie. To nie ateistka w Sosnowcu zabiła swoje dziecko, ale kobieta wychowana w religijnej rodzinie. To nie żaden ateistyczny kraj bierze udział w konfliktach na Bliskim Wschodzie tylko Stany Zjednoczone, tak bardzo przywiązane do tradycji i mordowania z bogiem na ustach. Jeśli ludzkość czegokolwiek powinna się wyrzec to właśnie religii, która od zarania dziejów prowadzi do nieporozumień i agresji. Przestrzeganie przed ateizmem nie jest nowym argumentem duchownych i nie szkodzi, że nietrafionym. Nic tak nie jednoczy podzielonych stron jak wspólny wróg. W tym przypadku jest to złowroga laicyzacja, której powinni się przeciwstawić wszyscy prawdziwi chrześcijanie. Hipokryzją jest więc apel, w którym z taką łatwością hierarchowie mówią o przebaczeniu, pokoju i miłości. Wartości chrześcijańskie, z którymi obnoszą się duchowi gołodupcy to kruchy materiał. Za zaprawę ma posłużyć mięso poległego przeciwnika. Jest tylko jeden problem - wyimaginowany wróg ma taki sam potencjał zjednoczenia ludzi jak złoty cielec Polaków, Karol Wojtyła.

Przez wizytę Cyryla I inne krajowe wydarzenia zeszły na dalszy plan (ku uciesze Platformy Obywatelskiej). Duży udział mają w tym media, które w agresywny sposób wyolbrzymiają rangę spotkania. Społeczeństwo polskie tylko ułatwia pracę dziennikarzom. Jest popyt, jest podaż. W naszym narodzie łatwo dostrzec słabość charakteru, postawy poddańcze, tęsknotę za batem, która wzmaga apetyt na autorytet. Ten znaczna część Polaków widzi w Kościele Katolickim, który tę naiwność chętnie wykorzystuje. 

Jacy wyznawcy, takie porozumienie. Dzisiaj część polskich katolików zapewne onanizuje się przy czytaniu apelu dwóch starców w sukienkach. Odmiana moralna nie zajedzie w społeczeństwie w wyniku pustosłowia, ale wewnętrznej refleksji nad własnym postępowaniem. Ta nie jest możliwa, jeśli naszą rolę umniejszamy, zrzucając całą odpowiedzialność na boga - instytucję dystrybuującą pokój, który wcześniej odebrano innym.

13 sierpnia 2012

Lisy Terlikowskiego

Wypowiedzi Tomasza Terlikowskiego na łamach portalu Fronda.pl od dłuższego czasu znajdują się na mojej liście lektur, obok których nie sposób przejść obojętnie. Prawicowy redaktor uczy i bawi, przy okazji plując jadem w konkurentów, którym nie po drodze z treściami publikowanymi na portalu.

Ostatnio oberwało się Tomaszowi Lisowi, a dokładniej mówiąc Newsweekowi za teksty: o sporze ks. Wojciecha Lemańskiego z Szymonem Hołownią oraz zjawisku, jakim jest dogging. Chociaż prasę drukowaną czytam okazjonalnie, numer ten kupiłem w ucieczce przed nudą. Treści zawarte w ostatnim wydaniu Newsweeka są czymś zgoła odmiennym, niż stara się to przedstawić redaktor Frondy. Z tego też powodu postanowiłem ustosunkować się do wypowiedzi, która poniekąd jest adresowana także do mnie.



Czym jest okładkowy slogan ''ksiądz kontra katolik''? Tekst autorstwa Violetty Ozminkowski opisuje internetową wymianę zdań między ks. Wojciechem Lemańskim, a byłym już dziennikarzem Newsweeka, Szymonem Hołownią. Przedmiotem sporu jest tekst z poprzedniego numeru, traktujący o rozwiązłości seksualnej polskich księży i kompromitującym ich potomstwie. Zdaniem Szymona Hołowni ukazywanie takich faktów z życia Kościoła po prostu nie przystoi. Jego oponent zdaje się mieć w tej kwestii bardziej liberalne podejście.


Reakcja Tomasza Terlikowskiego wzbudza we mnie politowanie. Rozumiem, że według nieomylnego katolickiego mentora krytycyzm jest wadą, a otwarta rozmowa nad problemem, od którego de facto nie da się uciec, zagrożeniem, inspirowanym zapewne przez lewicowe lobby. Czy bycie gołodupcem obnoszącym się swoją chrześcijańską dumą musi być domeną prawicowego publicysty? Takie odnoszę wrażenie po wypowiedziach T. Terlikowskiego i S. Hołowni. Obaj panowie nie zdają sobie sprawy z jeszcze jednej rzeczy. Każdy tytuł prasowy ma prawo do obrania dowolnej linii programowej (oczywiście w ramach obowiązującego prawa). Mamy tytuły liberalne, mamy też te konserwatywne pokroju Frondy. Jeśli pluralizm przyprawia kogoś o mdłości, powinien dla własnego dobra wyjechać z kraju. Polecam Egipt, w którym za przyznanie się do ateizmu ląduje się w więzieniu.

Domorosły redaktor nie ma odwagi skontrować argumentów przedstawionych przez ks. Lemańskiego, odradza wchodzenie w dalszą polemikę, nawołuje do modlitwy, w innym przypadku ''zaślepiony miłością do Lisa'' ksiądz zrzuci swój habit - przyłączam się do tych życzeń.

Drugi temat jest nieco bardziej interesujący. W skrócie, doggingiem określa się seks w miejscach publicznych. W tekście, Marcin Majczak oraz Maja Kaim naświetlają zjawisko, które nabiera na intensywności w Polsce.

O ile wcześniejsze oburzenie Terlikowskiego mogło być ugruntowane jego zaściankowymi poglądami, o tyle w tym przypadku świadomie dopuszcza się kłamstw. Czytając artykuł ani przez moment nie odniosłem wrażenia, że para dziennikarzy w jakiś sposób pochwala tego typu zachowania. Szkoda, że dla showmana Frondy opisywanie danego fragmentu rzeczywistości jest równoznaczne z jego promocją. Idąc tym tropem dojdziemy do wniosku, że Wikipedia propaguje satanizm - wszakże posiada takie hasło w swojej bazie.

Na tym zakończę moją krótką refleksję. Ludzie pokroju Tomasza Terlikowskiego chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. Jeśli ktoś poczuł się urażony moim tekstem, zawsze może zajrzeć na Frondę i złożyć modlitwę on-line w mojej intencji. Amen.

3 sierpnia 2012

Katolicyzm z probówki

Staram się zrozumieć, dlaczego w ostatnim czasie władze Platformy Obywatelskiej usiłują wykreować partię na chrześcijańską, dbającą o interesy polskiego katolika. Kłóci się to z dotychczasowym liberalnym obrazem ugrupowania, uwydatnia rozwarstwienie ideologiczne.

Trudno mi uwierzyć, że jest to gra nastawiona na odbicie elektoratu prawicowym partiom. Do najbliższych wyborów pozostały dwa lata, zbyt wiele czasu na taką fantazję. Konflikt interesów wewnątrz Platformy? To prawdopodobna opcja i według mnie mająca najlepsze uzasadnienie. Zastanawia mnie tylko bierność premiera, unikanie pytań dotyczących kwestii społecznych.

Dla Donalda Tuska przyszedł czas żniw. Polityka populizmu ostatnich wyborów parlamentarnych przyczyniła się do rozdziału programowego w strukturach partii. Do dziś kampania wyborcza Platformy Obywatelskiej kojarzy mi się z nieopierzonym indykiem rozciągającym swe skrzydła, aby sprawić wrażenie okazalszego niż w rzeczywistości jest. Mam tu na myśli transfery z lewej i prawej strony sceny politycznej. O ile nie była to najgorsza strategia marketingowa w czasie wyborów, o tyle wiązała się z ryzykiem, za które dzisiaj przyszło zapłacić.

Nigdy nie darzyłem sympatią Platformy Obywatelskiej, zwłaszcza kursu obranego przez Jarosława Gowina (odsyłam do tekstu nt. deregulacji zawodów). Człowiek musi mieć poważne kompleksy, aby swoją moralną frustrację wyładowywać na publicznym gruncie.

Za pierwsze ideowe starcie uważam klauzulę sumienia, w myśl której aptekarze mogliby odmówić sprzedaży niektórych artykułów np. środków antykoncepcyjnych. Brzmi konserwatywnie i sprzecznie z dotychczasową doktryną partii. Moim zdaniem obrona moralności biednych (duchowo) katolików kłóci się z prawami konsumentów. Chodzi o zdrowy rozsądek, nie - jak twierdzą zwolennicy projektu - walkę z dominacją komercji nad religią. Podczas jednego z wydań informacyjnych przedstawiono analogiczną sytuację. Czy wegetarianin pracujący w sklepie ma prawo odmówić nam sprzedaży mięsa? Jak najbardziej zgadzam się z tym ironicznym pytaniem, ponieważ oddaje ono sens całego projektu. Klauzula sumienia nie ma charakteru obronnego, tylko agresywny - wymusza od konsumenta dostosowanie się do reguł moralnych usługodawcy. Idea tolerancji jest zupełnie czymś odmiennym. Jeśli ktoś nie czuje wewnętrznego zakazu kupując określone produkty, czemu ma być ograniczony przez absurdalne prawo? Branża usług nie zna pojęcia osobistych przekonań. Wyobrażacie sobie, aby taksówkarz odmówił przewozu czarnoskórej osobie? Ja nie. Jeśli ktoś podejmując pracę nie poczuwa się do obranej funkcji, zamiast tego wchodzi w rolę moralizującego nauczyciela, minął się z powołaniem.

Powoli wygasającym tematem jest zapłodnienie metodą in vitro, dokładniej mówiąc regulacja prawna zabiegu. Potrzeba wprowadzenia zapisów w polskim prawodawstwie nie powinna budzić kontrowersji, a nawet jest wskazana. Dużym problemem jest natomiast przemówienie do rozsądku upadłym ideologicznie politykom, którzy swoje osobiste przekonania stawiają ponad neutralność światopoglądową. Sądzą, że w ten sposób szkodzą oponentom politycznym (w tym kontekście lewicy), tak naprawdę krzywdząc wyłącznie pary starające się o zdrowe dziecko.

Zaproponowany przez Jarosława Gowina projekt ustawy uważam za śmieszny, ponieważ nie jest on wynikiem kompromisu (jak miało to miejsce w przypadku aborcji), tylko uznania wywodów osób powiązanych ze środowiskiem katolickim. Powstrzymam się od zagłębiania w sferę naukową, ponieważ spór dawno byłby zakończony, gdyby decyzję powierzono fachowcom. Politycy prawicy swoją prawdę wolą czerpać z nauk Kościoła i archaicznej księgi, tej samej, w której gach z przestworzy przerżnął żonatą dziewicę, a nierozgarnięty rogacz w tę bajkę uwierzył.

Razi mnie to, że tak wielu ludzi w Polsce jest ograniczonych własnym światopoglądem i podejmuje egoistyczne próby narzucenia go innym osobom. O ile mogę spierać się w kwestii zasadności refundowania zabiegów metodą in vitro, o tyle samą praktykę w pełni popieram.

Co jest bardziej etyczne panie premierze, katolicyzm z probówki czy życie z probówki? In vitro czy klękanie przed księdzem i robienie mu dobrze? Dobrze pamiętam lewicowe wystąpienie premiera sprzed roku. Czyny, nie słowa - chciało by się powiedzieć. Nawet tak pozytywny slogan zmienił swoje znaczenie za sprawą Platformy Obywatelskiej.
Stosunek Watykanu do używania środków antykoncepcyjnych.
Polityka Watykanu jest bardziej niezrozumiała (źródło: www.clericalwhispers.blogspot.com).

20 lipca 2012

Polska prasa gości Piano

System Piano w Polsce.
System Piano wejdzie do Polski we wrześniu.
W ostatnim czasie najbardziej liczący się na polskim rynku wydawcy przystąpili do systemu Piano. O samym projekcie nie mówi się dzisiaj wiele, mimo że uderza on bezpośrednio w internautów.

Piano przywędrowało do nas po małych sukcesach w Słowenii i Słowacji. Jest to paywall, który na chwilę obecną zrzesza sześciu polskich wydawców: Agorę, Murator, Ringier Axel Springer Polska, Media Regionalne, Polskapresse, Edytor, a także Polskie Radio. W przeliczeniu na tytuły prasowe jest to około 100 pozycji (m.in. Gazeta Wyborcza, Forbes, Super Express, gazety regionalne i tematyczne czasopisma pokroju Czterech Kątów i Logo 24).

Sprawy tyczą się serwisów internetowych, które do tej pory publikowały wszystkie teksty bez pobierania opłat. Teraz sytuacja ma się zmienić - dostęp ten będzie ograniczony. Artykuły specjalistyczne, do których napisania potrzeba dużego zaangażowania, staną się towarem. Przeczytać je będą mogli użytkownicy Piano, którzy opłacą abonament (19,90 złotych za miesiąc).

Pomysł z etycznego punktu widzenia prosi się o moją krytykę (chociaż śmiałość i rozmach projektu zasługują na pochwałę). O Piano dowiedziałem się odbywając praktyki (o ironio w Mediach Regionalnych). Autor internetowego artykułu Dziennika Wschodniego napisał, że opłata ta jest niezbędna dla zapewnienia czytelnikom rzetelnych tekstów. To do tej pory były one nierzetelne?

Mało wiarygodne tłumaczenia skłaniają mnie do wniosku, że polski wydawca upatrzył sobie nowy sposób na zysk. Idea wolnej prasy działającej w interesie społeczeństwa poszła w piach, a uczynienie z informacji towaru poziomu Snickersa jest tego kolejnym przykładem. Trudno mi uwierzyć w szczytne pobudki partnerów Piano. Nie spodziewam się więc, że sugerowana jakość ''specjalistycznych artykułów'' za sprawą wprowadzonego abonamentu ulegnie zmianie. W procederze tym widzę również kilka zapytań prawnych. Zastanawia mnie między innymi, czy za tekst, w którym znajdują się informacje publiczne, można zażądać opłaty? W myśl ustawy o dostępie do informacji publicznej określono jasno, że jest ona świadczona bezpłatnie (z wyjątkami, ale wyjaśnię to w razie potrzeby).

Czy Piano w Polsce się sprawdzi? Szczerze mówiąc, nie sądzę. Nasze społeczeństwo niechętnie podchodzi do niezobowiązujących opłat, czego doskonałym przykładem jest abonament radiowo-telewizyjny. Można powiedzieć, że w tej materii nie różnimy się zbytnio od naszych greckich braci, którym tak łatwo wytykamy niegospodarność. Polacy nie odczuwają również potrzeby czytania merytorycznych tekstów i poszerzania własnej wiedzy - nałożona opłata ma ich do tego zachęcić? Coraz częściej odnoszę wrażenie, że wzorowy obywatel to nieświadomy obywatel.

Wierzę, że polski internauta i tym razem sobie poradzi. Ostatecznie zbyt wiele on nie traci, ponieważ strony internetowe naszych wydawców nie grzeszą rzetelnością. W tym miejscu chętnie podpiszę się pod słowami czytanego przeze mnie blogera, że system Piano może przyczynić się do wzrostu znaczenia blogów, które nie są pisane pod programowe dyktando redaktora naczelnego. Czuję w powietrzu wiosnę, rozkwit blogosfery.

Czytelnicy, których potrzeby nie zostały zaspokojone, mogą prześledzić strony nawiązujące do tematu:
  1. Oficjalna strona systemu Piano,
  2. Ustawa o dostępie do informacji publicznej z dnia 6 września 2001 r.,
  3. InterJAK: Od września opłaty w internetowych wydaniach gazet.

1 lipca 2012

Kto pali w Kominku?

Oczywiście nie mówię o poczciwym ciepłym kominku, przy którym została rozdziewiczona niejedna kobieta. Na pozór niejasne tytułowe pytanie nabierze sensu, gdy wspomnę o jednym z popularniejszych polskich blogerów.

Myślę, że każdy internauta chociaż raz w życiu słyszał o kontrowersyjnych tekstach Kominka. Działalność blogera trwa w najlepsze, a jego sztuczny wizerunek dobrze sprzedaje się w prasie. Zapowiedź wywiadu z Kominkiem skłoniła mnie do zakupu Gazety Wyborczej wraz z czwartkowym dodatkiem, Dużym Formatem. Co z tego, że w wydaniu z 6 czerwca pojawił się zabójczo interesujący tekst o kapitalizmie i ubóstwie w Indiach? Dzisiaj napiszę o naszej marketingowej gwieździe, która na pytanie zadane przez Tomasza Kwaśniewskiego, czy czasami nie sprzedaje swojej osoby, odrzekł: ''Sprzedawać to się może dziwka.''.

Nie jestem miłośnikiem działalności Kominka. W rzeczywistości nie różni się ona niczym od sponsoringu, zwykłej sprzedajności, której tak się wypiera. Zastanawia mnie czy egocentryzm i wrażliwość na krytykę tej osoby są wrodzone, czy po prostu wykreowane na potrzeby odbiorców. Artykuł Dużego Formatu jest o tyle ciekawy, że porusza ważną kwestię komercjalizacji blogosfery. To, czym przesycona jest telewizja i od czego człowiek ucieka, coraz częściej występuje w internecie. Tym bardziej interesuje mnie fenomen Kominka, którego istnienie udowadniania, że mamy popyt na tego typu bohaterów. Znany bloger twierdzi, że jest w pełni wolny, decyduje o własnym losie. Jego czyny mówią nam zupełnie co innego. Pokuszę się o twierdzenie, że internauta wyrażający swoje jestestwo w taki właśnie sposób musi mieć niemały problem z poczuciem własnej wartości. Jest oportunistą, nie ma własnego zdania (o ile kiedykolwiek je miał), pisze to, co może przynieść mu zysk. Kiedy skończył się pomysł na rentowną myśl, przyszła pora na stworzenie produktu z własnej osoby. Kominek prowadzi obecnie trzy blogi. Większość jego bieżących tekstów jest przesycona kryptoreklamą. Skoro firmy opłacają Kominka za jego ''spontaniczne'' i zachwalające produkt opinie to czy możemy odbierać takiego blogera za wiarygodnego?

Niemałym zaskoczeniem jest dla mnie popularność, jaką cieszy się bloger. Co prawda, wyrasta nam społeczeństwo egoistów, ale czy tak fałszywa postać może liczyć na akceptację podobnych sobie ludzi? W pewien sposób buntowniczy wizerunek Kominka jest swoistym katharsis dla współczesnego społeczeństwa, uwolnieniem go od wątpliwości, refleksji. Czy czasami nie jest tak, że młody zagubiony człowiek poszukuje poparcia dla swoich czynów? Nie będę wrzucał wszystkich czytelników blogera do jednego worka. Zmierzam jedynie do tego, że dla wielu osób Kominek może być usprawiedliwieniem ich egocentrycznego stylu życia. Wewnętrzny głos sprzeciwu zostanie stłumiony, jeśli osoba o podobnym usposobieniu do życia jest odbierana pozytywnie, a nawet postrzegana jako wzór do naśladowania.

Kominek doskonale wrysowuje się w baumanowską koncepcję współczesnego człowieka. Jest zagubiony, nie liczy się z innymi, zadowala się złudnym poczuciem wolności, wpływania na swój mały świat. Pusty w środku, odczłowieczony. Tragiczny nauczyciel ponowoczesności pociągający na moralne dno umiłowanych uczniów.

6 czerwca 2012

Eurogorączka

Ogólnopolska euforia, niekiedy przypominająca zbiorową histerię, powoli ogarnia cały kraj. Już za dwa dni mecz otwarcia, w którym Polacy zagrają z Grekami. Postaram się śledzić na bieżąco poczynania naszej reprezentacji, chociaż daleki jestem od optymistycznych prognoz co do sukcesów biało-czerwonych na boisku - zwłaszcza, że sukcesów tych nie widać także poza światem sportu. Dzisiaj krótko o organizacji Euro 2012, polityce, nastrojach społecznych i aferach związanych z tym wydarzeniem.

Nie ukrywam, że ten polski zryw (widoczny nawet w rodzinnym Lublinie) trochę mnie irytuje. Daleki jest od odbierania komuś przyjemności z wydarzenia, które de facto wpłynie na wizerunek Polski w Europie. Chwile radości zawsze są na miejscu - zwłaszcza w naszym społeczeństwie. Mimo to postanowiłem opowiedzieć się po tej komfortowej, drugiej stronie i wyrazić moje uwagi pod adresem społeczeństwa, jak i rządu.

W błędzie jest ten, kto myśli że zbliżające się wydarzenie jest akcją charytatywną lub bezinteresownym ukłonem w stronę miłośników piłki nożnej. Jest to przede wszystkim inwestycja nastawiona na korzyści (nie tylko finansowe) i nie ma w tym nic złego. Dlatego też warto zastanowić się, czy kolejne rządy zrobiły wszystko, aby optymalnie wykorzystać potencjał tej imprezy. Nawet najbardziej optymistycznie nastawiona osoba słyszała o chińskich wykonawcach autostrady A2 lub o pomyłkach przy budowie stadionów, które właśnie w tym szczególnym czasie stanowią koronę Polski, wystawioną na widok zagranicznych turystów. Oczywiście, w tak dużych projektach mogą wydarzyć się pewne utrudnienia. Trudno mi jednak spokojnie mówić o źle skonstruowanych schodach Stadionu Narodowego, czy o ósmej wymianie murawy poznańskiego stadionu, ponieważ projektant konstrukcji nie wziął pod uwagę takich czynników jak m.in. odpowiednie naświetlenie (koszt wymiany murawy wynosi 450 tys. złotych - oczywiście z publicznych pieniędzy). Krytykując tworzoną infrastrukturę nie sposób pominąć kwestii komunikacji, która jest strategicznym celem z punktu widzenia Polski. Jako kierowca wiem, jak ważna jest modernizacja dróg czy polityka mająca na celu upłynnienie komunikacji w mieście i poza nim. Są to inwestycje na lata, w których największe znaczenie powinna mieć solidność wykonania. Dlaczego więc podczas publicznych przetargów decydenci w głównej mierze zwracają uwagę na kosztorys? W trosce o pieniądze podatników? Na potrzebę zamówień publicznych często dochodzi do zaniżania cen. Aby być konkurencyjnym, wykonawca obniża koszty utrzymania pracowników lub w swojej ofercie proponuje tańsze i gorszej jakości materiały budowlane. Efekty polityki skąpstwa są dzisiaj dobrze odczuwalne. Chińska firma Covec splajtowała, natomiast budowany przez polsko-irlandzkie konsorcjum SRB Civil Engineering odcinek A1 rozlatuje się z powodu złych materiałów. Żeby było zabawniej, warto przytoczyć przykład krajowej dwójki koło przejścia granicznego w Świecku, która przeszła remont siedem miesięcy temu, a już doczekała się pierwszych pęknięć w nawierzchni. GDDKiA uspokaja - to był zaplanowany eksperyment (śmiać się czy płakać?). Ten innowacyjny w skali światowej test kosztował polskich podatników 18 mln złotych. Dzisiaj wiadomo, że planowana na Euro 2012 infrastruktura nie zostanie oddana w takim kształcie, jakiego się spodziewano. Kilka odcinków autostrad, wyremontowane dworce i zmodernizowane lotniska to trochę mało, jak na dziewięć lat przygotowań do mistrzostw. Z jednej strony mamy do czynienia ze szkodliwą oszczędnością, z drugiej zaś z budzącą zgorszenie rozrzutnością. Mówię tutaj o premiach, jakie sprawująca urząd ministra sportu i turystyki Joanna Mucha postanowiła przyznać za - jej zdaniem - dobrze wykonaną pracę przy budowie Stadionu Narodowego. Łatwo jest rozporządzać nieswoim majątkiem - zwłaszcza kobiecie. Nawiasem mówiąc pani ''ministra'' to ciekawy materiał na osobny artykuł. Jej niewiedza i kolorowe happeningi (np. świński trucht wokół Stadionu Narodowego - pochopnie nazywany przez niektórych joggingiem) budzą we mnie obrzydzenie. Zauważyłem, że tego typu dziecięca beztroska jest widoczna wśród wielu polityków Platformy Obywatelskiej.

Jeśli już mówimy o wątpliwie wydanych pieniądzach, warto napisać kilka słów o marketingu - krajowym, jak i tym lokalnym. To, jaki obraz Polski pozostanie wśród obcokrajowców po Euro, w głównej mierze zależy od sposobu, w jaki się wypromujemy. W realizowanej promocji jest kilka rzeczy, które bardzo mi się spodobały. Po pierwsze, główna stylizacja imprezy - odwołująca się do słowiańskiego folkloru. Od razu przed oczami ukazuje mi się polski pawilon na Expo 2010 w Szanghaju, który był nieregularną bryłą o ścianach pokrytych wycinanką. Nawiasem mówiąc, był to sukces promocyjny kraju do tego stopnia, że Chińczycy myślą o wzniesieniu budynku opierającego się na naszym designie. W dobie globalizacji szeroko pojęta odmienność jest atutem, który warto eksponować. Połączenie tradycyjnych konotacji z nowoczesnością to według mnie marketing w najlepszym wydaniu. Tej koncepcji zdaje się trzymać również stolica, która wypuściła plakaty reklamujące imprezę twarzami Syrenki Warszawskiej i Chopina (grafika wyżej). Bardzo brakuje mi w Polsce modernistycznego podejścia do naszego dziedzictwa. Kultura narodowa nie jest eksponatem muzealnym, powinna wchodzić w interakcje ze środowiskiem. Za wizualny sukces uważam także stadiony (z wyjątkiem poznańskiego, który wygląda jak szklarnia na pomidory). Stadion Narodowy nie jest krzykliwy, a swoim wyglądem ''wiklinowego koszyka'' również wrysowuje się we wcześniej przytoczoną koncepcję połączenia odrębności kulturowej i nowoczesności.

Oprawę marketingową nadchodzących mistrzostw oceniam na silną czwórkę, ponieważ nie obyło się tutaj bez gaf. Zacznijmy od oficjalnych maskotek Euro 2012 - Sławka i Slavko. Barwna para chłopaków ochoczo tulących się do siebie i trzymających za ręce jakoś dziwnie mi się kojarzy. Pomijając moją żartobliwą interpretację - pomysł na dwie ludzkie postaci uważam za porażkę samą w sobie. Pisząc o moich wątpliwościach odnośnie wizerunku kraju za granicą nie mogę pominąć urokliwego tematu piosenek na Euro 2012. Co łączy klimat umiarkowany, palmy i egzotyczne morze? Oficjalna piosenka mistrzostw pt. Endless Summer w wykonaniu zespołu Oceana. Przyznam, że sam utwór - choć monotematyczny - jest chwytliwy. Nie przepadam za muzyką popularną, ale moje zastanowienie budzi bardziej klimat teledysku, który niewiele ma wspólnego z polsko-ukraińskimi realiami. Z drugiej strony, czy zawsze musimy wykazywać się narodowym sceptycyzmem i kręcić nosem? Klip ukazuje polskie miasta w dobrym świetle, a latynoski temperament wnosi do codziennego życia trochę optymizmu. Piosenka ta może nam tylko pomóc. Tych pochlebnych słów nie mogę jednak odnieść do naszego lokalnego hitu, utworu Koko Euro Spoko zespołu Jarzębina. Jest to wiocha, kiepski żart Polaków, których talent synchronizacji objawił się i tym razem - podczas wysyłania SMS'ów. Dobrze, że jest to tylko hymn polskiej reprezentacji, ale warto jednocześnie zadać pytanie, czy wyrób gospodyń wiejskich można nazwać hymnem - uroczystą i wzniosłą pieśnią pochwalną? Daleki jestem od wyboru na utwór reprezentacji Bogurodzicy, ale uważam, że granice dobrego smaku zostały przekroczone. Wśród pochlebnych komentarzy internautów można natknąć się na odwołania do polskiego folkloru. Osoby te muszą wiedzieć, że uległy złudzeniu. Utwór niewiele ma w sobie z polskiej wsi, bo czy kluczowe zwroty typu ''euro'' i ''spoko'' mają jakikolwiek związek z przeszłością i tradycją? Według mnie piosenka pasuje na wesele, nie na kompozycję gloryfikującą naszych piłkarzy. Lepszym gustem (lub mniejszym poczuciem humoru przy głosowaniu) wykazali się nasi wschodni sąsiedzi. Piosenka ukraińskiej kadry narodowej pt. Вболівай! (Kibicuj!) zespołu Ukrainian Stars jest przyjemna zarówno dla ucha, jak i oka.

Za zaniedbaną kwestię uważam politykę wizerunkową polskiej reprezentacji. Bawi mnie główny sponsor kadry narodowej, którym jest Biedronka (dokładniej mówiąc konsorcjum Jerónimo Martins). Dla popularnej sieci sklepów z pewnością był to dobry ruch - zwłaszcza, że dwuletni kontrakt z PZPN według nieoficjalnych źródeł kosztował portugalskie przedsiębiorstwo skromne 4 mln złotych. Zastanawiają mnie również siły, jakie kierowały pomysłodawcą oficjalnych koszulek piłkarzy. Pomijam już samą aferę z orzełkiem (a raczej jego brakiem) - dobrze, że sprawa wypłynęła na wierzch i została w porę wyjaśniona. Białe koszulki z numerem zawodnika na tle czerwonego prostokąta przypominają mi trochę opakowanie wystawionego na sprzedaż produktu. O ironio naszym sponsorem jest Biedronka... Kartonowy pijar.

Wiele złego można by powiedzieć o organizacji imprezy, ale i nastroje społeczne są niepewne. Oczywiście, dzisiejsza atmosfera na ulicach jest przyjazna i nie brałbym do siebie skrajnej wizji przedstawionej Brytyjczykom w reportażu BBC o przestępczości stadionowej u gospodarzy imprezy. Problem na pewno istnieje i nawet tak wielkie wydarzenie sportowe, jakim są zbliżające się mistrzostwa, nie zmobilizowało polskich władz do opracowania skutecznych metod działania z tego typu zjawiskami. Musimy pamiętać, że nadchodzące wydarzenie sprzyja uaktywnieniu się grup nacisku - nie tylko politycznej opozycji, ale także grup zawodowych i innych środowisk widzących szansę na osiągnięcie zamierzonych celów przez nagłośnienie swoich racji. Konflikty interesów z łatwością mogą przerodzić się w poważniejsze zamieszki. Kompromitacją można nazwać zakup nowoczesnych kasków M5006 dla policji. Komenda Główna Policji doszła do wniosku, że warto zaoszczędzić na maskach przeciwgazowych. Niestety okazało się, że masek obecnie posiadanych przez polską policję nie sposób dopasować do nowych kasków. Ubytek ten w jakiś prowizoryczny sposób zostanie pewnie naprawiony, ale nie sądzę, aby odbyło się to tanim kosztem.

Jak widać, święto sportu odbywa się w Polsce wielkimi kosztami, a efekty tej pracy trudno nazwać zadowalającymi. Jakby tego było mało, rząd - a dokładniej Platforma Obywatelska - widzi w organizacji mistrzostw swój polityczny sukces. Znając naturę wyborców, wielu z nich złapie się na ten haczyk. Wszystko odbywa się przy aplauzie społeczeństwa, którego optymizm nagminnie podsycają media. Osobom niespecjalnie zainteresowanym piłką nożną przyjdzie więc zmierzyć się nowymi realiami. Na szczęście obnośny patriotyzm i sztucznie wykreowana wspólnota wygaśnie równie szybko, jak ta po śmierci Karola Wojtyły. Potrwa ona do trzech pierwszych meczów naszej reprezentacji.