1 lipca 2010

Debata, wydanie drugie

Dzisiejszy post poświęcony debacie prezydenckiej będzie nieco krótszy od tego napisanego przed dniami. Z racji mało konkretnych odpowiedzi kandydatów, a także mniej interesujących pytań ze strony redakcji sądzę, że nie ma większego sensu analizować taniego show z wyleniałymi kocurami salonowymi. To co zobaczyłem wczoraj nieco zbliża nas jako naród do raczkującej demokracji państw afrykańskich - jestem ciekaw jak daleko jeszcze chęć zdobycia wygodniejszego tapczana cofnie w ewolucji naszych umiłowanych polityków.

Począwszy od pierwszej rundy w moim odczuciu studio zdominował Bronisław Komorowski i tą przewagę utrzymał. Tym razem, inaczej niż poprzednio, kandydat nie posługiwał się agresywnym językiem, a stanowczo przedstawiał swoje racje dzięki czemu nawet w obliczu mocnych kontrargumentów rywala, odmieniana przez wszystkie przypadki prawda leżała po jego stronie. Taki sposób prowadzenia dyskusji przypomina mi trochę ten należący do Aleksandra Kwaśniewskiego, który przed laty debatował z Lechem Wałęsą. Zmiana taktyki reprezentanta Platformy Obywatelskiej to chyba jedyny akcent ożywiający wczorajszą debatę. Ze sposobem wysławiania się Jarosław Kaczyński miał nieco więcej problemów, mimo wszystko prezencja jest cnotą pożądaną u prezydenta. Łapki kurczowo położone na ławie, niewyraźne mówienie jakby kandydat nie jadł śniadania, zwracanie się do przeciwnika nie spoglądając w jego stronę to poważne błędy, popełnione przez prezesa PiS także w poprzednim starciu. Należy też wspomnieć o ostatnim krzyku mody - okularach w grubych oprawach, które miały chyba za zadanie ''wykształcić'' w oczach wyborców kandydata PiS. Szczerze? Chyba odniosły efekt odwrotny od zamierzonego. Myślę, że sztab J. Kaczyńskiego powinien mocno zastanowić się nad przyszłymi kampaniami - zmienić specjalistę od wizerunku, albo materiał do obróbki bo obecny (mowa tu ciągle o kontrkandydacie B. Komorowskiego) jest chyba zbyt mało elastyczny.

Pisząc dwa lata temu prezentację maturalną na temat instrumentalizacji języka w polskiej polityce musiałem przebrnąć przez publikacje językoznawcy, Jerzego Bralczyka. Myślę, że zarówno on jak i większość kolegów z branży za zwycięzcę wczorajszej debaty w wysławianiu się uznałoby kandydata PO.

Gdybym polityką się nie interesował, pozytywne wrażenie wywarłaby na mnie sylwetka Bronisława Komorowskiego, który w drugim starciu zdeklasował rywala. Jednakże to tylko tymczasowy wizerunek mający ukazać jego osobę w jak najlepszym świetle. Pod względem merytorycznym wczorajsza dyskusja nie była wcale najlepsza. Obydwóch kandydatów nawzajem się przekrzykiwało, wysyłało ''laurki'' mające za zadanie ich skompromitować, unikało odpowiedzi na pytania od prowadzących. Czy tak zdaniem rywalizujących ze sobą kandydatów ma wyglądać język współczesnej polityki?

Na wybory 4 lipca pójdę i zakreślę oba nazwiska unieważniając swój głos. Miałbym zbyt duże wyrzuty sumienia gdyby poparty przeze mnie człowiek negatywnie działał na rzecz Polski, a nieszczęśliwie obydwóch kandydatów uważam za jednakowe zło.